poniedziałek, 12 listopada 2012

I cóż, że ze Szwecji? Duet Stenson i Fält




      Bo Gustav Stenson, bardziej znany jako Bobo, jest u nas częstym gościem. Liczne koncerty oraz współpraca z polskimi artystami zapewniły mu stabilną pozycje wśród polskich miłośników jazzu. Usłyszeć go mogliśmy m.in. w u Tomasza Stańki, na płytach takich jak Matka Joanna, Leosia czy Litania. W ciągu swojej 40letniej kariery wydał jako lider jedynie 8 płyt, wszystkie przemielone przez ecm-owskie ucho Manfreda Eichera.  
 Szwed stworzył unikatowy klimat, choćby dlatego, że już  samo zestawienie w duecie z perkusistą  zdarza się bardzo rzadko. " I'm not going to speak to much, because I don't know what will happen. We can talk afterwords" - takimi słowami przywitał się z nami Bobo, gdyż faktycznie sam do końca nie wiedział jak będzie "brzmiał" ten wieczór. A brzmiał niezwykle intrygująco, nieprzewidywalnie, tajemniczo...jednym słowem skandynawsko. Zjawiskiem okazał się być młody perkusista, współtworzący od kilku lat trio ze Stensonem i Jorminem. Jego świeżą improwizatorskość, jak również i subtelne tło pod fortepian i kontrabas mogliśmy usłyszeć na płycie Contando (2007) łączącej części improwizowane oraz kompozycje znane z Ebena, Colemana czy Cherry'ego.
      Jon Falt ( ur. w 1979)  zdawał się przyciągać największą uwagę, od samego początku, kiedy to obstawiony instrumentami sprawiał wrażenie jakby chciał poznać i odkryć je na nowo. Pierwsza fraza rozpoczęła się niejako badaniem każdego dźwięku, eksperymentem...także żartem, jednak żartem z gracją i w dobrym styl.  Falt jakby z wahaniem głaskał bębny, muskał talerze, uderzał w tam-tamy. W pewnym momencie zaczął robić to wszystko na raz i w ten oto sposób doszły nas również dźwięki dzwoneczka trzymanego w...zębach.  Stopniowo do koncertu angażował wszystkie możliwe części perkusji, łączne ze stelażem , oraz całą masę "przeszkadzajek". Momentami mogliśmy poczuć się jak w starej fabryce, kiedy to ocieranie pałki o talerz przypominało skrzypienie zardzewiałych drzwi, tam- tamy otulały metalicznie rezedrganą falą a dźwięk blachy kołysał się i giął gdzieś koło ucha.  Głebokie tony bębna wspaniale dopełnił Falt harmonicznym drganiem szkła z kieliszków wypełnionych wodą, którą czasem upijał, nie wiadomo czy w poszukiwaniu wyższego dźwięku, czy może po to abyśmy zbytnio nie zmarzli przez chłód . surowych fabrycznych wnętrz.
      Wszystko to jednak nie brzmiałoby tak spójnie gdyby nie Stenson, który  jak pewnie wielu gości odniosło wrażenie został zdominowany przez Falta. Faktycznie, perkusista miał dużą swobodę, jednak swoje popisy synchronizował za każdym razem z Bobo, zostawiając mu akurat tyle miejsca ile potrzebował, dokładnie wtedy kiedy była na to pora.
  Muzycy stworzyli niezwykle intrygujący duet, prezentując materiał, który pochłonął  nie tylko słuchaczy, ale wydaje się, że również ich samych. Nie wiadomo czy potrzebny czy nie, jednak każdy dźwięk wydawał się mieć znaczenie.  Zakończenia tej wciągającej lektury chyba nie będziemy mieli okazji poznać, ale czy to nie czyni jej jeszcze bardziej tajemniczą?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz