Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jazztopad 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jazztopad 2012. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 listopada 2012

JDJ Grp rozniosło filharmonie!


        Wrocław jest ostatnimi czasy bombardowany ze wszystkich stron. Na szczęście to nie powtórka z Festung Breslau, a prawdziwe oblężenie kulturą. W zeszłym tygodniu miasto opanowała Korea, w tym zaś tereny sal kinowych i koncertowych zostały zajęte przez Amerykanów.  W piątek w hali orbita gościła Diana Krall, podczas American Film Festiwalu do filmu grał Bill Frisell, natomiast w niedziele kulminacją wszelkich doznań był koncert  The Jack DeJohnette Group.

        Wzorem samego lidera pozwolę sobie najpierw przedstawić skład zespołu. Na scenie jako pierwszy pojawił się Don Byron na klarnecie i saksofonie. Oryginalnie w projekcie udział bierze Rudresh Mahanthappa, jednak ma on równolegle inne kolaboracje. Kolejną zamianą  jest Marvin Sewell na gitarze elektrycznej zamiast Davida Fiuczyńskiego.  Dalej już regularnie: Jerome Harris na gitarze basowej oraz George Colligan na fortepianie, keyboardzie i trąbce. Ostatni jegomość jest również autorem bloga jazztruth, którego z tego miejsca polecam poczytać w wolnym czasie.
Oczywiście za bębnami zasiadł DeJohnette świętujący w tym roku swoje 70te urodziny. Wszystkie kompozycje, a było ich pięć, są jego autorstwa. Koncert rozpoczęliśmy od wysłuchania "Blue" oryginalnie wykonywanym w trio z Davem Hollandem i Johnem Abercrombie, znaleźć można go na płycie Gateway 2 wydanej przez ECM. Była to szansa na przestawienie się kolejno artystów poprzez krótkie solówki. Następny kawałek to odświeżony "One for Eric", a dedykowany jest prawdopodobnie Ericowi Dolphy'emu. Pochodzi z płyty Special Edition, rocznik '79. Tutaj artyści mieli trochę więcej miejsca na sola, jednak zanim zaczęli, Jack pobiegł przebrać się w koszulę...co oczywiście wszyscy mu wybaczyli. To właśnie ten utwór słychać w tle w najpierwszym z pierwszych filmów na You Tube i Vimeo , gdzie DeJohnette przedstawia cały projekt. "Tango Arfican" zaczęło się bardzo spokojnie, samotnym dźwiękiem gitary elektrycznej. Nikt się chyba nie spodziewał jak zawrotne tempo osiągnie ten numer na koniec. Chwila oddechu po pierwszej części trwającej blisko godzinę ( mimo, że to tylko 3 tytuły) i kolejna kompozycja pt. "Soulful Ballad", podobnie jak poprzednia, z płyty "Music We Are" przy nagraniu której brali udział John Patitucci i Danilo Perez. Na koniec zabrzmiał " Ahmad the terrible", oczywiście domyślamy się, że chodzi tu o Ahmada Jamala, który to znowuż obchodzi 86 urodziny. Zagadkowy termin "wokal" przy nazwisku Harrisa na bilecie w końcu się wyjaśnił, basista rzecz jasna nie śpiewał, jedynie wydawał rytmiczne dźwięki. Podczas tego kawałka popis dali wszyscy, jednak zdecydowanie największe wrażenie wywarł Byron na saksofonie (mimo, że to raczej klarnet jest jego domeną, grał na nim podczas drugiego i trzeciego utworu) oraz blogger Colligan na trąbce, zazwyczaj grający na wersji "kieszonkowej" , czyli pocket trumpet. Po owacjach na stojąco nie mogło obejść się bez sążnistego bisu , kolejnej dedykacji, tym razem dla Davisa, czyli nic innego jak po prostu... "Miles". Jednak to nie wszystko, gdyż muzycy spotkali się potem na jam sessions w Colloseum Jazz Cafe, w co nie do końca mogłam uwierzyć. A jednak jak się okazuje można grać w małym klubie w Polsce, na -jak to mawia Jan Ptaszyn Wróblewski- sesjach z powidłami, będąc światową gwiazdą.

Cóż to były za emocje! Ci, którzy przybyli na koncert, chyba do prawdy byli głodni światowej muzyki. Dostaliśmy dawkę na prawdę wysokiej jakości jazzu, a Jack udowodnił, że ma w sobie mnóstwo energii i ogień wciąż płonie. Co tu dużo mówić,"chłopaki" po prostu dali popalić.  Wydaje mi się, że dzięki temu koncertowi gorycz związana z odwołaniem Colemana jakoś znacznie zmalała...

Ale Kino!



        Jazztopad  znów zaskoczył nas czymś nowym. W tamtym roku był to pionierski projekt koncertów w mieszkaniach prywatnych, w tej edycji zaś nastąpiła fuzja dwóch festiwali : muzycznego i filmowego. Podczas odbywającego się we Wrocławiu American Film Festival mieliśmy okazję zobaczyć zaiste ciekawy koncept : pokaz filmu "wielka Powódź" Billa Morrisona z muzyką na żywo Billa Frisella.  Wirtuozowi gitary towarzyszyli Ron Miles na kornecie, Tony Scherr na gitarze basowej oraz Kenny  Wollesen na perkusji.

        W 1927 roku miała miejsce jedna z największych tragedii w historii USA. Rzeka Missisipi wyszła z brzegów zalewając obszar około 70.000 km², powodując ogromne straty. Nakręcono w tamtym czasie materiał filmowy, który Bill Morrison postanowił poskładać w spójną całość i stworzyć z tego dzieło. Tak powstała "Wielka Powódź" Do której Frisell zrobił nie o tyle ścieżkę dźwiękową co całą muzyczną kompozycję, gdyż jedynym dźwiękiem jaki usłyszeliśmy to ten wydawany przez instrumenty. Zarówno w filmie, jak i utworach  zachowana jest chronologia wydarzeń. Podróż w lata trzydzieste rozpoczynamy od czarnoskórych robotników zbierających bawełnę , nieświadomych jeszcze jaka klęska ich czeka. Obraz trochę w stylu pierwszych ujęć braci Lumiere, od razu wzbudza skojarzenia z ich dziełem "Robotnicy wychodzący z fabryki".  W tle słychać bardzo spokojną, powolną i przy tym bardzo przyjemną muzykę, gdzieniegdzie cymbały, długie pochody kornetu i nieco bluesowy klimat gitary. Będzie on już towarzyszył do końca w mniejszych lub większych modyfikacjach. Na przykład wtedy gdy poziom wody zaczyna gwałtownie wzrastać i trzeba naprawiać pęknięte wały przeciwpowodziowe. Ciekawym dla mnie momentem była część gdy zespół faktycznie zaczął grać nieco energiczniej, wprowadzając dość wesołkowaty nastrój. Na srebrnym ekranie migały coraz to inne strony z katalogów Searsa Roebucka, reklamujące przeróżne produkty. Dawało się wyczuć delikatną ironię, gdyż  już niedługo nadejdzie czas aby zacząć gromadzić wszystko od nowa : od zegarka, przez kapelusz po ... nagrobek. Podobnie podczas partii, w której widzimy polityków w garniturach ustawiających się do zdjęć. Jednak lwia część tego performance'u to kołysząca się jak łódka melodia, być może nieco zbyt pogodna jak na obrazy w tle. A może taka właśnie ma być? Bo przecież banalnym byłoby robić kompozycje wzbudzające uczucie trwogi i rozpaczy. Boję się użyć stwierdzenia ,że można było odpłynąć, bo w stosunku do obrazu może wydawać się średnio taktowne, ale to określenie w stu procentach oddaje wrażenia związane z pokazem.  Na ekranie zobaczyliśmy  nie tylko to jak żywioł pochłania wszystko, co zostało wytworzone przez ludzi, łącznie z szyldem Coca Coli przemykającym co chwila w tle, lecz także jak mocno w tych czasach rysowały się różnice rasowe. Sceny przedstawiające wytworne damy wysiadające z łodzi ratunkowych mocno kontrastowały z wizerunkiem pracujących przy naprawie zniszczeń Afroamerykanów. W muzyce jednak kontrastów nie było, widocznie nie chciała być zbyt inwazyjna i konkurować z powodzią. Ostatnia część pod względem treści była w pewien sposób skorelowana z tym co działo się na scenie, ponieważ przedstawiała ludzi grających na różnych instrumentach. W praktyce czuło się jednak dysonans  ucho i oko chyba nie mogły zgrać wrażeń, gdyż z jednej strony melodie grane przez zespół delikatnie i subtelnie pobrzmiewały w sali kinowej, zaś z taśmy jawiły się energiczne ruchy dłoni szarpiących struny oraz zmysłowo tańczących kobiet.

         Były to trzy lekcje : historii, filmu i muzyki.  Widok archiwalnych materiałów z lat 30tych długo pozostanie w pamięci, to jak wyglądali ludzie, jak żyli i z jakimi podziałami musieli się borykać.  Niezmiernie ciekawym było także oglądanie filmu stworzonego na podstawie niebanalnej koncepcji, pracy raczej mniej reżyserskiej a bardziej montażowej.  Lekcja muzyki przebiegła nad wyraz spokojnie, niemniej wielką stratą byłoby iść na wagary, np. do kina...

poniedziałek, 12 listopada 2012

Weekend w Korei


        Kiedy rok temu, po finałowym koncercie Jazztopadu Piotr Turkiewicz zapowiadał kolejną edycję, wiadomość o zwróceniu się ku wschodowi i zaproszeniu artystów z Azji wzbudziła niemałe zainteresowanie. Kiedy podczas konferencji prasowej doszło nieco więcej szczegółów, zainteresowanie wzrosło podwójnie. Kiedy w  ten weekend wreszcie mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze, a przede wszystkim na własnych uszach, co to znaczy koreański jazz ciekawość została chyba jeszcze bardziej zmultiplikowana. Parafrazując stare polskie przysłowie: apetyt rośnie w miarę słuchania. A może poznania?

        Takie wyrazy jak geomungo, czy daegum chyba nie śniły się nawet wytrawnym melomanom. A tego, ze ów sen może się w ogóle  ziścić, i to jeszcze na tak dużym festiwalu, raczej nikt się nie spodziewał.  Co więcej, nie tylko koncerty miały nam przybliżyć koreańską kulturę, lecz także cała masa wydarzeń towarzyszących, jak na przykład panele dyskusyjne, czy spotkania muzyczne w mieszkaniach prywatnych. Z drugiego końca świata przyleciała do Polski spora ekipa, bo licząca 70 osób, a wśród nich rzecz jasna  artyści, przedstawiciele mediów, czy nawet profesorowie, z którymi można było porozmawiać przy kawie w Mleczarni. Jak widać, mieliśmy świetną okazję, żeby wycisnąć jak najwięcej z tej wizyty, wystarczyła jedynie chęć poszerzenia swojej wiedzy i trochę zaskórniaków na wieczory w filharmonii.  A propos wieczorów...

Jeśli chodzi o termin geomungo,  ten zespół rozwinął go bardzo obszernie, gdyż ma na  jego temat sporo do powiedzenia. Goemungo Factory, bo tak nazywa się grupa, to czwórka młodych artystów, którzy z tego instrumentu przypominającego cytrę, potrafili stworzyć efemerydę wiolonczeli, harfy czy gitary. Niezwykle anachronicznym  jest widok kilometrów okablowania przy czymś co swoje korzenie ma w IV naszej ery.  Co więcej, niesamowite jest też to, że idąc na taki koncert można spodziewać się czegoś, co będzie bardziej przypominało muzykę raczej tradycyjną aniżeli rock czy blues, a taki klimat  chwilami się czuło  Nietrudno było dać się oczarować, szczególnie, że co chwila na twarzach muzyków malowały się  uśmiechy, zdradzające ogromną przyjemność jaką czerpią z tego co tworzą.  Ponoć samą próbę przedłużyli o godzinie, bo zwyczajnie chcieli sobie pograć. Niezwykle autentyczny i przyjemny występ.

W drugiej części koncertu na scenie zrobiło się już bardziej jazzowo. Przy fortepianie zasiadła Miyeon, a towarzyszył jej perkusista Park. Jak widać w Korei też wiedzą jak grać free. Niezwykła gęstwina i częstotliwość dźwięków przeszywała głowę rozkołysaną przez poprzednią grupę. Jednym słowem Miyeon&Park spuścili słuchaczom niezły łomot. Dało się jednak wyczuć nieco niespójności.  Partie swingujące przeplatające się z zupełnym freejazzowym szaleństwem trochę się gryzły, a gdy dodamy do tego jeszcze gong robi się chyba zbyt eklektycznie.  Osobiście pozostanę przy amerykańsko europejskim free, jednak poszukiwaczom, mogę zdecydowanie ten duet polecić.

Na niedzielnym koncercie zaś ,zaprezentowany został materiał premierowy, będący efektem współpracy polsko-koreańskiej, czyli Heo Yoon-Jeong, Aram Lee i Bracia Oleś. Artyści stworzyli coś jedynego w swoim rodzaju, gdyż na scenie zobaczyć mogliśmy zobaczyć przekrój przez muzyczne tysiąclecia - poczynając od wspomnianego geomungo i daegum (czyli instrumentu na kształt drewnianego fletu poprzecznego) przez kontrabas i perkusję, aż do laptopa z jabłuszkiem. Niby muzycznie i geograficznie odległe sobie dźwięki zostały w niezwykle wyważony sposób poskładane przez artystów, tak jakby poprzednie dwa koncerty zlepić w jeden.  Bracia Oleś świetnie uzupełnili tradycyjny charakter muzyki wschodu o jazzowe brzmienia, co objawiło się szerokim wachlarzem utworów.  Świadczy to na pewno o dużej wszechstronności i otwartości na eksperymenty.. Niepowtarzalne przeżycie wprawiające jednocześnie w zachwyt i zdumienie.  Może ów zachwyt i radość z nowych doznań jest w stanie przyćmić krytyczną ocenę, jednak wydaje mi się, że bez wahania można ten występ uznać za zjawiskowy i jakże udany. 

Bardzo dobrze się dzieje, że w Polsce mamy szansę obcować z taką muzyką, i to w dodatku na dużym festiwalu, a nie niszowym evencie dla fanatyków gdzieś w maleńkim klubie. Dzięki współpracy Jazztopadu z KAMS i Centrum Kultury Koreańskiej udało się  zorganizować na prawdę ciekawe przedsięwzięcie na odpowiednio dużą skalę. Oczywiście nie jest to jednorazowy wybryk, gdyż idea będzie kontynuowana podczas następnych edycji.  Zaiste świetny przykład jak jazz potrafi być kulturowym spoiwem.