Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jazz nad Odrą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jazz nad Odrą. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 maja 2015

51. JnO | Konkurs na indywidualność jazzową

16-17 kwietnia 2015
Impart, Wrocław


Konkurs to chyba moja ulubiona część Jazzu nad Odrą. Zawsze po przesłuchaniach wracam do domu z nowymi nazwiskami do sprawdzenia i muzyką do przesłuchania. Zazwyczaj „przemycam” wtedy na kilka występów swoich mniej aktywnych koncertowo znajomych, gdyż wstęp jest zupełnie darmowy i nikogo nie trzeba specjalnie namawiać. Powoli staje się to tradycją, że co roku wiosną odkrywamy co w najnowszym polskim jazzie piszczy i trochę podświadomie stajemy się samozwańczym jury.

Oczywiście to koncerty gwiazd budzą zawsze najwięcej emocji i dziś to one stanowią istotę festiwalu, ale nie zapominajmy, że jego korzenie sięgają właśnie konkursu. W tym roku wpłynęło 26 zgłoszeń, z których komisja kwalifikacyjna (Artur Lesicki, Artur Majewski, Bartosz Pernal, Igor Pietraszewski oraz Wojciech Siwek) wybrała 8  najciekawszych. W ciągu dwóch dni na jednej scenie spotkały się młode talenty oceniane przez polsko-amerykańskie jury z samym Lee Konitzem jako przewodniczącym.  Poza mistrzem saksofonu oceniali: perkusista Joe La Barbera, Darek Oleszkiewicz  nieoficjalnie uznawany za ambasadora JnO w Stanach Zjednoczonych, Leszek Możdżer - od tego roku dyrektor artystyczny festiwalu oraz Paweł Brodowski – redaktor naczelny Jazz Forum. Po krótkich, maksymalnie 20-minutowych setach każdy zespół odbył rozmowę z jury,  jednak treść każdej z nich pozostaje owiana tajemnicą.  Wśród wybrańców znalazły się aż trzy zespoły z Poznania, dwa z Gdańska oraz po jednym reprezentancie scen krakowskiej, wrocławskiej i katowickiej.  Każdy musiał w swoim repertuarze zawrzeć jeden standard jazzowy. Jak się okazuje młodzi najczęściej sięgali po Wayne’a Shortera i Theloniusa Monka.  

Pierwszy dzień przesłuchań skradł międzynarodowy zespół Kuby Gudza, chyba najbardziej kolorowy  i wyróżniający się ze wszystkich ośmiu. W osłupienie wprawiła kosmiczna kompozycja lidera zagrana na początku. Repetance and Remorse brzmiało jak coś na pograniczu jazzowej ścieżki dźwiękowej do Gwiezdnych Wojen i wizyty w planetarium.  Nie powiem, żeby mnie to przekonało, ale za to następne kawałki, które zeszły trochę bliżej Ziemi, jak najbardziej. Były to Ballada na Otwarcie, również autorstwa Kuby Gudza oraz Looking Ahead, którą skomponował trębacz Brooker Little.  Tego dnia występowali również Weezdob Collective – zwycięzcy konkursu ostatniej Bielskiej Zadymki Jazzowej, Global Schwung Quartet oraz Exploration Quartet.  

            Drugi dzień zaliczam do bardziej udanych, chociażby z tego powodu, że kandydata do zwycięstwa było o wiele trudniej wytypować. W moim zestawieniu trójki zespołów pretendujących do wygranej znalazły się PeGaPoFo, Kwintet Kamila Piotrowicza i Vehemence Quartet . W przypadku PeGaPoFo były jednak pewnie okoliczności, które zadecydowały o tym, że prawdopodobieństwo ich wygranej było nikłe, choć oczywiście gorąco im kibicowałam.  Piotr Południak grający na kontrabasie oraz - według mnie najciekawszy konkursowy perkusista – Dawid Fortuna, w zeszłym roku zdobyli wraz z Bartkiem Prucnalem i Cyprianem Baszyńskim Grand Prix  50. Jazzu nad Odrą. Na co dzień kontrabasistą w NSI Quartet jest Max Mucha, jednak rok temu podczas konkursu zastąpił go właśnie Piotr Południak. Wyszło na to, że połowa składu została już wyróżniona, więc strategicznie rzecz biorąc, jury raczej nie zaryzykowałoby ewentualnego nagięcia regulaminu. Kwartet Kamila Piotrowicza również wypadł świetnie i w dodatku udało mu się zagrać cztery kompozycje mieszcząc się na styk w limicie czasowym.  Jedyny przedstawiciel Wrocławia, kontrabasista Grzegorz Piasecki brał udział w konkursie jako solista, jednak nie występował sam. Niestety nie sposób było ocenić go zapominając o pozostałych pięciu osobach na scenie.  Zazwyczaj w konkursie biorą całe zespoły i był to pewnego rodzaju ewenement, jak widać nie do końca się ta formuła sprawdziła.


źródło: facebook
            Jak już pewnie większość wie, zwycięzcą konkursu został Vehemence Quartet z Katowic, który już raz triumfował na międzynarodowym konkursie festiwalu Azoty w Tarnowie.  Co prawda ich nazwa może przysporzyć problemów z wymową, ale najważniejsze jest tu samo znaczenie słowa vehemence, czyli gwałtowność. W istocie jest ona główną cechą tego porywającego i nieprzewidywalnego zespołu.  W skład kwartetu chodzą saksofoniści Mateusz Śliwa (tenor) i Wojciech Lichtański (alt) oraz sekcja rytmiczna : Alan Wykpisz na kontrabasie i Szymon Madej za bębnami. Koncert rozpoczęli od wybranego standardu, którym było Witch Hounting Shortera. Zagrali ten kawałek jakby był ich własnym,  co niewielu zespołom udało się osiągnąć. Zazwyczaj rozdźwięk między autorskimi kompozycjami a  cudzymi był wyraźnie słyszalny.  Mateusz Śliwa i Wojciech Lichtański są autorami kolejnych utworów, odpowiednio Desolation i Każdy chciałby mieszkać w Regulicach. Przyznam, że nie wiem gdzie leży ta miejscowość, ale jeśli grają tam taki jazz, to mogę się kiedyś przeprowadzić.

W zeszłym roku pula nagród została podwojona ze względu na półwiecze festiwalu, ale jak widać prezydentowi Wrocławia spodobało się to na tyle, że w tym roku postanowił dorzucić do Grand Prix dodatkowe 5 tysięcy złotych.  Poza nagrodą główną w zaktualizowanej wysokości 30 tysięcy zostały przyznane wyróżnienia ufundowane przez STOART dla najlepszych muzyków (po 2 tys.). Jeśli chodzi o instrumetalistów, Mateusz Gawęda z PeGaPoFo został uznany za najlepszego pianistę, występujący w Weezdob Collective i Global Schwung Quartet Damian Kostka okazał się najlepszym kontrabasistą, a Kacper Smoliński , również z Weezdob, został wyróżniony za swoją grę na harmonijce ustnej. Kamil Piotrowicz dostał nagrodę za kompozycje, a perkusista Kuba Gudz był najlepszym liderem. Gratuluje nie tylko nagrodzonym, ale także wszystkim biorącym udział w konkursie, bo przecież samo zakwalifikowanie się do najstarszego w Polsce konkursu jazzowego to przecież spore osiągnięcie.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Jazz nad Odrą : dzień ostatni.


Czterdziesty dziewiąty Jazz nad Odrą dobiegł końca. Ostatnie sześć dni po brzegi wypełnione było muzyką niezwykle różnorodną, a tegoroczny program postawił wysoko poprzeczkę następnej, jubileuszowej edycji. Każdy znalazł coś dla siebie – jazz widowiskowy, jazz sentymentalny, czasem broadwayowski, a czasem słowiańsko liryczny, zarówno zabarwiony na czarno r’n’b i soulem, jak i aranżowany na orkiestrę. Szeroka gama artystów podczas gali zamknięcia również potwierdziła jak wiele twarzy ma jazz.

Zbigniew Czwojda – trębacz, dyrektor Wrocławskiej szkoły jazzu- dyrygował Big Festival Bandem, istniejącym już od kilkunastu lat. BFB towarzyszy festiwalowi, zapraszając zawsze świetnych solistów. Nie dziwne, że bilety zostały na długo przed galą wyprzedane, gdyż rzadko nadarza się okazja na zgromadzenie w jednym miejscu samych wielkich nazwisk. Na chwilę przeniosłam się w czasie, słuchając standardów takich jak Georgia On My Mind, My Funny Valentine, czy Man, Where Can You Be Billy Holiday, i to w tak profesjonalnie wykonanych aranżacjach. Jak zwykle olśniewająca Aga Zaryan zaśpiewała je bezbłędnie, i równie bezbłędnie wyglądała w swej połyskującej sukni. Poza standarami amerykańskimi w rozpisce pojawiła się Kołysanka Rosemary,co ciekawe - po polsku. Chyba wszyscy przyznają, że to najbardziej znanej na świecie kompozycja Krzysztofa Komedy. Piękny głos, nieprzekombinowane i czysto wykonane utwory, klasa i styl – na Agę po prostu zawsze można liczyć. Jej występ podobał mi się zdecydowanie najbardziej.
 Grający razem z ojcem, a po jego śmierci, już jako lider Old Timersów Robert Majewski grał tego wieczora na flugelhornie "My one and only love", a zaraz po nim Henryk Miśkiewicz, popisywał się intensywnymi solówkami. Leszek Możdżer – ulubieniec wrocławian - rozgrzany po wczorajszym graniu z zespołem Cassandry Wilson, dziś również zabawiał publikę. Może i zarzuca mu się czasem kupowanie sobie względów efektami, ale przecież zakończenie festiwalu trudno sobie wyobrazić bez takich fajerwerków. Na koniec gali zaprezentował się, oszczędnie jak to ma w zwyczaju, Michał Urbaniak. Jak wiemy co za dużo to niezdrowo, więc można na to przymknąć oko. .
W rolę konferansjera wcielił się Jerzy Skoczylas z kabaretu Elita, więc nudą  nie wiało. Dyskretne uśmiechy, wzajemne spojrzenia, gdy coś poszło nie tak, tylko dodawały uroku. Było galowo i z pompą, jak to na zakończenie przystało. Trudno jest naprawdę jakoś ocenić ten ostatni już koncert festiwalu, gdyż po tylu wrażeniach z minionych dni, każdy, nawet największy meloman może być już nieco wypłukany z emocji. Myślę, że był to dobry moment, aby w fajnej atmosferze rozstać się i wrócić do szarej rzeczywistości.
Trzeba przyznać, że był to bardzo udany festiwal i nie możemy się wszyscy doczekać, co nam zaserwują organizatorzy za rok. Prawdziwe święto jazzu odbywa się już blisko przez pół wieku, zatem okazja do celebracji niemała. Przed JnO stoi duże wyzwanie w doborze artystów, bo jak uczy doświadczenie, nie zawsze te najbardziej znane nazwiska są gwarancją sukcesu. Trzymamy kciuki i szykujemy się pomału do kolejnej edycji, a po drodze przecież WSJD, Jazztopad, jesień w Krakowie, Zadymka i cały wachlarz różnych wydarzeń, na których na pewno warto być. Ja jak na razie, polecam chwilę odpocząć i posłuchać dobrych płyt w domowym zaciszu.

            

niedziela, 14 kwietnia 2013

Jazz nad Odrą: dzień piąty


Powili dobijamy do brzegu z festiwalem Jazz nad Odrą. Przepłynęliśmy już przez wiele odmian jazzu podczas tych kilku dni, a program tegorocznej edycji przez wielu jest uznawany za najlepszy od lat. Przyszedł czas na kolejne wielkie nazwisko – Cassandra Willson, z sześcioosobowym zespołem pojawiła się na scenie Impartu. Mimo późnej godziny, wiele osób przyszło także na koncert uznanego za muzyka roku przez naszych czytelników i czytelniczki – Adama Bałdycha. Dużo stracili Ci, którzy nie dotrwali do końca, ale cóż się im dziwić , my - weteranie zakończyliśmy piąty dzień po pierwszej w nocy.

Cassandra Willson to wielka gwiazda, posiadaczka pięknego , przydymionego głosu, prawdziwa dama jazzu. Nie bez trudu ściągnięto ją do Wrocławia , więc to zrozumiałe, że oczekiwania wobec koncertu  były spore. Być może dlatego wiele osób nie było do końca zadowolonych z tego co zaprezentowała sama Cassandra na scenie. Po wczorajszym show jakie dał Elling, faktycznie można było oczekiwać petardy. Moim zdaniem koncert był po prostu kameralny, a atmosfera ciepła. Mnie to pasowało, gdyż szczerze mówiąc bałam się zbyt wielkiego gwiazdorzenia z jej strony, a do wydarzenia podchodziłam sceptycznie. Bez jakiś niesamowitych emocji czy spazmatycznego zachwytu – po prostu było przyjemnie. Artystka weszła na scenę dopiero po dłużej chwili, kiedy zespół rozgrzał publikę. Z początku w okularach, które potem zdjęła, popijając kawę, z wachlarzykiem w dłoni – to pomińmy. Na scenie czuła się świetnie, uśmiechnięta i rozświetlona, mimo problemów akustycznych przez kilka pierwszych piosenek. Podczas Red Guitar z ostatniego wydanego krążka „Another Country” sama wzięła do ręki gitarę (czerwoną z resztą), którą nastroiła i na której zagrała , a wtórował jej Mino Cinelu na instrumentach perkusyjnych, dobrze nam znany z wieloletniej współpracy z Anną Marią Jopek. Jedną z najbarwniejszych postaci na scenie okazał się grający na harmonijce Gregoire Maret – objawienie koncertu. Świetne solo dał w trakcie tytułowego utworu Another Country, nie mówiąc już o bisie. Rok temu wydał pierwszy album jako lider – na pewno warto przesłuchać, po próbce zaprezentowanej podczas koncertu. Poza czerwoną gitarą była jeszcze druga, w rękach Brandona Rossa. Instrumenty miały okazję porozmawiać w trakcie utworu „Blackbird” już z nieco starszej płyty z 2010 roku Silver Pony. Na scenie pojawili się tego wieczoru jeszcze Lonnie Plaxico na kontrabasie,John Davies na perkusji (niewspomniany w rozpisce)
zaś na koniec Johna Cowherda zmienił nie kto inny jak wrocławianin z wyboru – Leszek Możdzer. Zazwyczaj jest tak, że bis to dopełnienie koncertu – jak dla mnie akurat chyba najlepsza jego część...

Adam Bałdych w 2006 roku, na tej samej scenie co tego wieczora, odbierał Grand Prix konkursu festiwalowego JnO. Jak widać jury trafiło w dziesiatkę, bo Adam nabrał rozpędu i robi się o nim coraz głośniej. Szczerze mówiąc, od początku byłam przekonana, że dopiero jego występ powali mnie na kolana – i nie myliłam się. To był finał finałów, aż brakło słów. Niesamowicie cieszy mnie fakt, że młodzi ludzie potrafią TAK grać. Szczerze mówiąc o Cassandrze zapomniałam po kilku pierwszych dźwiękach jakie usłyszałam i nie mówię tu o telefonie, którego fale odbijały się w głośnikach na początku. Wśród artystów znalazł się jeszcze jeden związany z festiwalem – Paweł Dobrowolski, tym razem laureat z 2004, również mocna postać w polskim jazzie. Jeśli chodzi o utalentowanych rodaków na kontrabasie usłyszeliśmy jeszcze Michała Barańskiego. Marius Neset pochodzący z Norwegii wbił mnie w fotel swoją grą na saksofonie, zaś Fin – Liro Rantala przy fortepianie zdziałał cuda. Rozpoczęli napisanym dwa miesiące temu listem : Letter to Esbjorn, dedykowanym oczywiście zmarłemu Svenssonowi. Następnie „The room of Imagination” , „Village Underground” i „Mirrors” zagrane po mistrzowsku do pękniania włókien smyczka, co jest ponoć normą u Adama. Ciekawe co by powiedzieli członkowi Massive Attack, gdyby usłyszeli Teardrop w wykonaniu zespołu, do którego dołączyła Maya Azucena, występująca już tego dnia na JnO. Myślę, że tak jak ja, byliby pod ogromnym wrażeniem tego , ile serca można włożyć w ten utwór i jakie emocje może może on wywołać. Ostatnim utworem ukłonili się artyści w stronę Zbyszka Seiferta, wielkiego skrzypka, którego świat zdecydowanie za wcześnie nam odebrał. Na bis wyszedł już tylko Bałdych, by samotnie zagrać w pizzicato „Imagine” Lennona. Cóż można więcej powiedzieć... Adam - chapeau bas!

sobota, 13 kwietnia 2013

Jazz nad Odrą : dzień czwarty.


Na Jazzie nad Odrą robi się coraz bardziej galowo. Zaczynaliśmy od wyluzowanych chłopaków z eksperymentu Roberta Glaspera, by wczoraj wsłuchiwać się w grę wspaniałego Adama Makowicza oraz wyczekiwanego Kurta Ellinga- bezdyskusyjnie numeru jeden wokalistyki męskiej . Ten ostatni zaskoczył wszystkich do tak zwanego „opadnięcia szczęki”, a dlaczego? Zostawmy ten temat może na koniec...

O Adamie Makowiczu możnaby napisać dziesiątki stron, a streszczać 50cioletnią karierę w kilka zdań jest jak dla mnie trochę żartem. Hasła takie jak „wybitny pianista” czy „wspaniały muzyk” wydają się być przy jego osobie niewystarczające i wypłowiałe. Ten koncert to bez wątpienia było wydarzenie.
Na początku zaprezentował się Big Band Akademii muzycznej pod kierownictwem Aleksandra Mazura, w którego skład weszli studenci i absolwenci uczelni. Jako pierwszy zabrzmiał „Love For Sale” Cole Portera w aranżacji Petera Myersa. Standard jazzowy powstały w 1930 na Broadwayu do musicalu The New Yorkers, jakże skandaliczny wtedy, pownieważ pisany jako spojrzenie na świat okiem prostututki ofiarującej tytułową miłość na sprzedaż. Dziś zdecydowanie nie wzbudzajacy już kontrowersji klasyk grany przez największych. Nie mogło także zabraknąć kompozycji Errolla Garnera, po śmierci którego miał miejsce dedykowany mu koncert w legendarnej Carnegie Hall, gdzie Makowicz zagrał swoje pierwsze w tym miejscu solo. Właśnie podczas „Misty” artysta dołączył do  Big Bandu, z którym zagrał wspólnie jeszcze „How High The Moon” Morgana Lewisa, kolejny standard napisany ponad 70 lat temu również na Broadwayu. Pan Aleksander Mazur, jak my wszysycy, był tak zachwycony grą, że skusił Makowicza na jeszcze 3 utwory wykonane solo, w tym grany już C.Porter , tym razem w Just One of Those things. Na koniec Big Band dołączył do pianisty i wspólnie zakończyli pierwszą część koncertu.
Po przerwie natomiast byliśmy świadkami prawdziwej szkoły nie tylko muzyki ale i logistyki, bo oto na scenie z osiemnastoosobowego zespołu zrobiła się orkiestra symfoniczna, a dyrygował nią Alan Urbanek. Dla młodych muzyków było to z całą pewnością niesamowite doświadczenie, by grać z taką postacią. W końcu to równie ważny aspekt blisko półwiecznego już Jazzu nad Odrą, że daje młodym artystom szansę na takie doświadczenia. Wykonali Preludium nr 7 Chopina oraz Living High On Manhattan autorstwa Makowicza, z płyty nagranej w 2003 – Songs for Manhattan. (Rok później miał miejsce kolejny koncert W Carnegie Hall jako pojedynek na fortepiany legendy jazzu z wschodzącą gwiazdą – Leszkiem Możdżerem) W końcu dotarliśmy do punktu kulminacyjnego. Błękitna Rapsodia,w której zgodę na improwizoną kadencję dostał Makowicz od brata G. Gershwina, to utwór bezlitosny, przez to, że tak znany. Nie ma miejsca na jakiekolwiek błędy, dlatego też orkiestra miała trudne zadanie. Dyskusyjna jest jazzowość rapsodii, sam autor z resztą określał ją jako muzyczny kalejdoskop Ameryki. W każdym razie było i jazzowo i klasycznie, długie owacje nie dziwiły, bis to oczywistość , a nawet był i cis. Potem niewiele czasu zostało na spotkanie z artystą po koncercie, bo oto za chwilę miał zacząć się następny.

Jeśli chodzi o wczorajszy koncert Ellinga, musiałabym chyba napisać dwie odrębne recenzje. Pierwszą, jako  fanka takiej muzyki i drugą, jako osoba nie przepadająca za męskim wokalem jazzowym. Rzecz jasna Elling to postać bez wątpienia wybitna i najlepsza w swym gatunku, zatem jeśli już słuchać to na pewno jego. Kurt ponadto wie jak zachować się na scenie oraz jakiego rodzaju kontakt nawiązywać z publicznością, by wszyscy byli zadowoleni. No i oczywiście przywozi ze sobą świetnych muzyków.Clarck Sommers prowadził na kontrabasie wspaniałą rozmowę z Ellingiem, podczas „The Waking”, na fortepianie grał Laurence Hobgood, gitara oczarowała słuchaczy za sprawą Johna McLeana, zaś świetne solo dał Kendrick Scott za bębnami. Na pewno publiczność była w pełni usatysfakcjonowana z koncertu, jednak ja niestety czułam zażenowanie. Próby śpiewania utworów Anny Marii Jopek po polsku, może i były fajnym pomysłem i miłym akcentem, ale to po prostu brzmiało źle. Niski ukłon w stronę Ellinga, że próbował nauczyć się śpiewu w naszym niezwykle trudnym języku, ale w zupełności wystarczyłoby mi gdyby wykonał je po angielsku –jak mówi przysłowie:  i wilk syty i owca cała. Chociaż nie moge powiedzieć , że nie było to jednocześnie ciekawe i intrygujące zjawisko. Eksperymentował także głosowo:  rozmowy waleni czy aborygeński śpiew, oraz nieodłączny punkt programu czyli wokalizy . Co do repertuaru: rzecz jasna nie mogło zabraknąć takich utworów jak „Come Fly With Me” , „On Broadway” ,”There Was A Boy”,czy ostatnich nowości, czyli „1619 Broadway”, którego tytuł to adres budynku Brill Building a projekt to dedykacja dla artystów, dzięki którym w tym miejscu rodziła się muzyka.

Może moja ocena jest surowa, ale na prawdę ciężko było spojrzeć z dystansem na to wydarzenie, choć na pewno większości się podobało i koncert zaliczyli do jak najbardziej udanych. Ja po prostu wole te mniej wyreżyserowane czy przegadane,podczas których nawet jeśli zaistnieją jakieś błędy, to przynajmniej wiem, że są nieintencjonalne. Dzisiejszy zgrzyt był wynikiem zabiegu wykonanego z premedytacją.

Jazz nad Odrą : dzień trzeci.


                Zarówno piękno i liryka, jak i bebopowa energia wypełniły soczyście trzeci dzień JnO, który był swoistą dedykacją i ukłonem w stronę dwóch artystów. Pierwszy z nich walczy z chorobą  już od ponad półtora roku. Wybitny kontrabasista, którego odwołane w ostatnim roku koncerty, nie o tyle co rozczarowały fanów, a wzbudziły raczej ogromny ładunek empatii i szczerej  nadziei na poprawę jego stanu zdrowia. Z kolei nazwiska drugiego po prostu nie można nie znać, z bardzo prostego powodu: to niewątpliwie największa legenda muzyki jazzowej. Chyba już wiadomo o kim mowa...

Wizytę kwarteru „Tribute to Charlie Haden” zawdzięczamy Darkowi Oleszkiewiczowi, wrocławianionowi, który za każdym razem kiedy odwiedza swe rodzinne miasto, przywozi zachwycające prezenty w postaci znakomitych artystów. Uczeń samego Hadena, znany w stanach pod pseudonimem Oles, i tym razem dobrał mocny skład. Ernie Watts oczarował publikę solówkami  na saksofonie, Billy Childs dawał popis na fortepianie, zaś Harvey Mason, zasiadający za bębnami ,  zrezygnował dla nas z koncertu z Herbiem Hancockiem, mającym odbyć się jutro. Przychodzi na myśl prosta implikacja : skoro każdy z nich gra świetnie, to w zespole robią wrażenie do potęgi czwartej. Niezwykle elegancko i z klasą prezentowali kompozycje dedykowane Charliemu, dobrane ze smakiem i odpowiednio do całej idei projektu. Rozpoczęli ciszą, czyli utworem „Silence” napisanym przez Charliego w latach 70tych i odtwarzanym od tamtej pory na wiele aranżacji. Dwa kolejne wyszły spod pióra Keitha Jarreta: „No lonely night” oraz nietypowo wesoła jak na niego „Bob Be”. Jeśli chodzi o witruozów fortefianu, Billy Childs, mający na swoim koncie ma kilka statuetek Grammy, współpracę z chociażby Hubbardem czy Marsalisem, wykładajacy tak jak Darek na UFC,  również miał swój moment. Podczas „Hope in the face of despair” chciał zapewne podkreślić jak wielką siłą i wolą walki odznacza się Haden. W trakcie koncertu opowiedzianych było sporo również anegdot. Jedna z nich to ta, kiedy mawiał: „Man, You gotta play the Invisible”, czyli utwór autorstwa Colemana. Ornette miał pojawić się we Wrocławiu w listopadzie , niestety również zmagał się z chorobą. Jednak nie ma co się użalać, bo oto kiedy na scenie zabrzmiał ten bardzo trudny harmonicznie kawałek, myślę, że publika była w pełni usatysfakcjonowana. Pozostając przy anegdotach, wspomnę też tę o pewnej kasecie, na której nagranych było ok. 50 nagrań tej samej, bardzo lubianej z resztą przez samego Hadena, ballady „Body and Soul”. Nadszedł wtedy czas dla Oleszkiewicza, kiedy to został na scenie sam ze swoim kontrabasem w długim,  azcetycznym interwale pomiędzy częściami w pełnym kwartecie. Niesamowita chwila, z rodzaju tych, kiedy warto się zatrzymać i pomyśleć. Podomny moment, jak sięgam pamięcią, miał miejsce na koncercie Hali stulecia,gdy wspomniany wcześniej Hencock samotnie grał na fortepianie. Jednak muszę przyznać, że akurat wtedy  ciężko było okiełznać powieki i Herbie lekko przesadził. Tu natomiast było to doskonale wyważone i pełne emocji. W ostatnim kawałku swoje solo dał Mason, uznawany przez Nathana Easta za jednego z najbardziej wpływowych perkusistów. On akurat udzielał sie chyba najmniej jeśli chodzi o solówki, ale wiadomo, ze nie chodzi nigdy o ilość a jakość.  Szkoda, że utwór „First song” zagrany na bis, był rzecz jasna nie pierwszy a ostatni.
               
                Nie na się absolutnie nic zarzucić, jeśli chodzi o koncert „Tribute to Charlie Haden”. Wykwintny jazz na najwyższym poziomie. Niesamowita inicjatywa ze strony kolegów muzyków, której nie można szczędzić pochwał. Mam nadzieje, że Haden już niebawem wydobrzeje na tyle, by stanąc razem z nimi na scenie.





Następny koncert był już zupełnie inny. Miles Smiles wyrwało publiczność z zadumy na rzecz mocnego, głośnego grania. Piękno zastąpione zostało ładunkiem energii przesyłanej poprzez idealnie przystosowany do jej transmitowania nośnik - elektryczny jazz pod wysokim napięciem . Cóż mogę powiedzieć – było fajnie.
Sześciu artystów sprawiło tego wieczoru, żę na twarzach wielu osób pojawił się uśmiech, a nóżka rezonowała z wespół z sekcją rytmiczną, w zupełności intencjonalnie kolokwialnie rzecz ujmując.
Jedną z najsympatyczniejszych osobowości scenicznych, obdarzonych bardzo bogatą i ujmującą mimiką był grający na  basie Alphe Armstrong.Trzeba przyznać, że wraz z perkusiastą zdominowali scenę,choć nie wiem czy z premedytacją. Za bębnami tym razem zamiast Omara Hakima, szalał Alphonse Mauzon, który nie dawał odpocząć ani przez chwilę. Przed koncertem można było go spotkać w hallu sprzedającego płyty. Wtedy wyglądał bardzo niepozornie...Mocno zaznaczył się też Joey de Francesco na organach Hammonda, pamiętany przez publiczność z 46 JnO, kiedy towarzyszył Davidowi Sanbornowi. Na gitarze grał Larry Coryell, zastępujący Derryla Jonesa, zaś jeśli chodzi o saksofon tenorowy -  popisy dawał Rick Margitza. Najmniej natomiast było samego Wallace Roneya, którego obecność w składzie jest zawsze najmocniej podkreślana. Zupełnie szczerze mówiąc - odniosłam wrażenie, że był zmęczony. Będąc przedstawicielką pokolenia, któremu niestety nie było dane pojawić się na żadnych z dwóch koncertów, które Miles dał w Polce w 83 i 88 roku, mimo wszystko na wyczucie moge stwierdzić, że była to raczej jedynie namiastka tego klimatu. Zespół oczywiście słusznie postępuje reinterpretujac kompozycje mistrza i nakreślając jedynie motywy, zamiast w dużym stopniu je otwarzać i tutaj nie ma się co czepiać. Bawiłam się świetnie i niejednokrotnie, aż chciałoby się wyrwać z fotela by poskakać pod sceną. Szkoda, że niestety nie słyszałam jak grali wczoraj chłopaki z We Love Miles, czyli polskiej formacji dedykowanej Trębaczowi, gdyż mogłoby to stanowić ciekawe porównanie i początek ciekawej dyskusji, zapewne zakończonej wnioskiem o niepodwarzalnej świetności Davisa.