Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vertigo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vertigo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 kwietnia 2015

A morze we Wrocławiu - koncert Sławka Jaskułke w Vertigo


Tego artysty chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. W kwestii tego gdzie, z kim i kiedy grał, oraz czego dokonał, można się zawsze doedukować, jednak nic nie zastąpi najzwyklejszego słuchania muzyki. A dlatego zwracam na to uwagę, bo ostatnia płyta pt. Sea to muzyka bardzo osobista, dzięki której mamy szansę dowiedzieć się o pianiście znacznie więcej, niż z notek biograficznych.  Jak sam mówi: „Mam poczucie że teraz Jaskułke brzmi jak Jaskułke“. A jak brzmiał Jaskułke na koncercie w Vertigo? 

fot. Ł. Gawroński

Przede wszystkim należy wspomnieć nieco o samej historii, która się wiąże z powstaniem płyty Sea. Miała ona ilustrować morze, które w dużym stopniu zdefiniowało styl gry artysty. Właściwie efekt końcowy, którego możemy posłuchać to w rzeczywistości wstęp do płyty. Pianista postanowił nagrać materiał w domu, na swoim osobistym, rozklekotanym pianinku, posiadając jedynie zarys kompozycji. Jak się okazało, surowy efekt akustyczny jaki osiągnął na tym próbnym nagraniu jest nie do odtworzenia, więc...tak już zostało. I faktycznie, słychać gdzieś w tle skrzypienie, naciskanie pedałów i  różne inne niespodziewane dźwięki. Perfekcjonistów pewnie taki koncept może irytować, ale jakże autentyczna dzięki temu jest ta płyta. Akurat vertigowa Yamaha „niestety“ nie była rozstrojona i skrzypiąca jak Offberg, ale przecież nie o to tylko chodzi w tym projekcie. Przede wszystkim ważne są same kompozycje, w których morze to surowa ciemna toń, tajemnicza i piękna. I takie morze malowało się za zamkniętymi oczami na koncercie we Wrocławiu. 


Materiał z Sea, trwający około 37 minut, oczywiście nie wystarczyłby na cały koncert. Poza czterema kompozycjami morskimi, w pierwszej części usłyszeliśmy 3 utwory z płyty Moments ( „Kind Me“, „East & Easy“ i o ile się nie mylę „Missing“ ) oraz jedną nową kompozycję. I znów podkreślić trzeba osobisty wydźwięk tego koncertu, bo Moments to tak jak Sea płyta solowa, tym razem dedykowana mającej przyjść wtedy na świat córce Sławka Jaskułke. Widać, że dzielące te albumy 11 lat zaowocowało wyciszeniem i oszczędnością w środkach wyrazu. Ta część koncertu była bardziej melodyjna i dynamiczna, ale równie piękna. A na koniec cudowny i soczysty bis z utworem „100 Faces”.

Wspaniale było posłuchać tego na żywo. Z koncertu wyszłam może nie tyle rozentuzjazmowana, co przyjemnie zamyślona i spokojna. Ta muzyka powraca do mnie wciąż i pewnie już tak będzie powracać. Bo tak jak za morzem, tak za tymi utworami się tęskni i chce się je odkrywać wciąż na nowo.

czwartek, 19 marca 2015

Vertigo otwiera się z Moniką Borzym.

Wrocław to bardzo jazzowe miasto. Miasto dwóch dużych festiwali jazzowych, miasto w którym co chwila odbywają się koncerty, ale też miasto, w którym przez 5 lat nie było żadnego klubu jazzowego z prawdziwego zdarzenia. Oczywiście były miejsca gdzie można było usłyszeć jazz w klubowych warunkach, ale nie były to miejsca typowo jazzowe. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że legendarna Rura została zamknięta zaraz przed tym, jak przeprowadziłam się do Wrocławia na studia, a reaktywowana ma być jesienią, kiedy prawdopodobnie mnie tu nie będzie. Na szczęście udało mi się doczekać otwarcia Vertigo, które co prawda przesunęło się w czasie o 2 lata, ale jak już się dokonało to z impetem.

Decyzja o zaproszeniu na otwarcie Moniki Borzym była jak najbardziej słuszna, bowiem artystka ta skradła serca wielu słuchaczy. Tak wielu, że bilety rozeszły się w dwa dni. Choć występuje często, i we Wrocławiu koncerty dawała nie raz, to ten był moim pierwszym. Osoby, które już Monikę w wersji koncertowej znają, pewnie zgodzą się ze mną, że ta dziewczyna jest po prostu rozbrajająca. Natychmiast skraca dystans, i odczarowuje wrażenie, jakoby miała być wielką diwą. Zwraca się do publiki bardzo bezpośrednio, językiem takim, jakiego faktycznie się używa mając dwadzieścia parę lat. Podoba mi się to, że nie stara się komuś na siłę przypodobać, tylko pokazuje swoją przebojową, trochę łobuzerską osobowość. Choć oczywiście jak już zacznie śpiewać, to robi się czasem słodko i uroczo, ale w to akurat kwestia samych piosenek. I w tym przypadku nareszcie mogę użyć z pełną świadomością określenia „piosenka” a nie „utwór” czy „kompozycja”. „Piosenka” w tym kontekście pasuje idealnie, nie tylko ze względu na samą formę śpiewaną, ale też dlatego, że twórczość Moniki zawiera się w nurcie dość mainstreamowym jak na jazz. Dzięki swojemu talentowi udało jej się w tym mainstreamowym świecie odnieść duży sukces, bo przecież w wieku niespełna 25 lat ma już na koncie pokrytą  w Polsce platyną, debiutancką płytę „Girl Talk”oraz złotą „My Place”. Tego wieczoru w Vertigo wybrzmiały kawałki obydwu tych albumów. Koncert podzielony był na dwie około czterdziestominutowe części, z czego pierwsza z naciskiem na autorski materiał z „My Place”, a druga ze znanymi coverami Bjork czy Eryki Badu. Oczywiście największą uwagę skupiała na sobie wokalistka, ale nie można nie wspomnieć o czwórce artystów odpowiedzialnych za instrumenty. Tego wieczoru Monice co prawda nie towarzyszyli amerykański jazzmani z którymi nagrywała ostatni album, nie pojawił się gościnnie Randy Brecker ani John Scofield, ale mogliśmy za to posłuchać naszych polskich muzyków : Michał Kowalski na fortepianie
, Artur Gierczak na gitarach, Krzysztof Pacan na Basie oraz na perkusji – Paweł Dobrowolski.

Otwarcie Vertigo okazało się sukcesem, pomimo chorego gardła wokalistki, pomyłki w tekście, czy przydługawych kolejek do baru. Czasami, o to wręcz chodzi w otwarciach, żeby było troche zamieszania i mieć co opowiadać. Chociaż pewnie więcej ciekawych opowieści mogłabym przytoczyć z nieoficjalnego otwarcia klubu, które miało miejsce dwa dni wcześniej, to powstrzymam się, bo jak to mówią...What happens at the party, stays at the party.

Kiedy piszę ten tekst klub prężnie działa już od kilku tygodni i właściwie każdego dnia, konsekwentnie serwuje muzykę na żywo. Mam wielką nadzieję, że faktycznie ta inicjatywa przetrwa i ludzie będą tłumnie to miejsce odwiedzać, bo taki klub we Wrocławiu był bardzo potrzebny.