Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JnO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JnO. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 maja 2015

51. JnO | Konkurs na indywidualność jazzową

16-17 kwietnia 2015
Impart, Wrocław


Konkurs to chyba moja ulubiona część Jazzu nad Odrą. Zawsze po przesłuchaniach wracam do domu z nowymi nazwiskami do sprawdzenia i muzyką do przesłuchania. Zazwyczaj „przemycam” wtedy na kilka występów swoich mniej aktywnych koncertowo znajomych, gdyż wstęp jest zupełnie darmowy i nikogo nie trzeba specjalnie namawiać. Powoli staje się to tradycją, że co roku wiosną odkrywamy co w najnowszym polskim jazzie piszczy i trochę podświadomie stajemy się samozwańczym jury.

Oczywiście to koncerty gwiazd budzą zawsze najwięcej emocji i dziś to one stanowią istotę festiwalu, ale nie zapominajmy, że jego korzenie sięgają właśnie konkursu. W tym roku wpłynęło 26 zgłoszeń, z których komisja kwalifikacyjna (Artur Lesicki, Artur Majewski, Bartosz Pernal, Igor Pietraszewski oraz Wojciech Siwek) wybrała 8  najciekawszych. W ciągu dwóch dni na jednej scenie spotkały się młode talenty oceniane przez polsko-amerykańskie jury z samym Lee Konitzem jako przewodniczącym.  Poza mistrzem saksofonu oceniali: perkusista Joe La Barbera, Darek Oleszkiewicz  nieoficjalnie uznawany za ambasadora JnO w Stanach Zjednoczonych, Leszek Możdżer - od tego roku dyrektor artystyczny festiwalu oraz Paweł Brodowski – redaktor naczelny Jazz Forum. Po krótkich, maksymalnie 20-minutowych setach każdy zespół odbył rozmowę z jury,  jednak treść każdej z nich pozostaje owiana tajemnicą.  Wśród wybrańców znalazły się aż trzy zespoły z Poznania, dwa z Gdańska oraz po jednym reprezentancie scen krakowskiej, wrocławskiej i katowickiej.  Każdy musiał w swoim repertuarze zawrzeć jeden standard jazzowy. Jak się okazuje młodzi najczęściej sięgali po Wayne’a Shortera i Theloniusa Monka.  

Pierwszy dzień przesłuchań skradł międzynarodowy zespół Kuby Gudza, chyba najbardziej kolorowy  i wyróżniający się ze wszystkich ośmiu. W osłupienie wprawiła kosmiczna kompozycja lidera zagrana na początku. Repetance and Remorse brzmiało jak coś na pograniczu jazzowej ścieżki dźwiękowej do Gwiezdnych Wojen i wizyty w planetarium.  Nie powiem, żeby mnie to przekonało, ale za to następne kawałki, które zeszły trochę bliżej Ziemi, jak najbardziej. Były to Ballada na Otwarcie, również autorstwa Kuby Gudza oraz Looking Ahead, którą skomponował trębacz Brooker Little.  Tego dnia występowali również Weezdob Collective – zwycięzcy konkursu ostatniej Bielskiej Zadymki Jazzowej, Global Schwung Quartet oraz Exploration Quartet.  

            Drugi dzień zaliczam do bardziej udanych, chociażby z tego powodu, że kandydata do zwycięstwa było o wiele trudniej wytypować. W moim zestawieniu trójki zespołów pretendujących do wygranej znalazły się PeGaPoFo, Kwintet Kamila Piotrowicza i Vehemence Quartet . W przypadku PeGaPoFo były jednak pewnie okoliczności, które zadecydowały o tym, że prawdopodobieństwo ich wygranej było nikłe, choć oczywiście gorąco im kibicowałam.  Piotr Południak grający na kontrabasie oraz - według mnie najciekawszy konkursowy perkusista – Dawid Fortuna, w zeszłym roku zdobyli wraz z Bartkiem Prucnalem i Cyprianem Baszyńskim Grand Prix  50. Jazzu nad Odrą. Na co dzień kontrabasistą w NSI Quartet jest Max Mucha, jednak rok temu podczas konkursu zastąpił go właśnie Piotr Południak. Wyszło na to, że połowa składu została już wyróżniona, więc strategicznie rzecz biorąc, jury raczej nie zaryzykowałoby ewentualnego nagięcia regulaminu. Kwartet Kamila Piotrowicza również wypadł świetnie i w dodatku udało mu się zagrać cztery kompozycje mieszcząc się na styk w limicie czasowym.  Jedyny przedstawiciel Wrocławia, kontrabasista Grzegorz Piasecki brał udział w konkursie jako solista, jednak nie występował sam. Niestety nie sposób było ocenić go zapominając o pozostałych pięciu osobach na scenie.  Zazwyczaj w konkursie biorą całe zespoły i był to pewnego rodzaju ewenement, jak widać nie do końca się ta formuła sprawdziła.


źródło: facebook
            Jak już pewnie większość wie, zwycięzcą konkursu został Vehemence Quartet z Katowic, który już raz triumfował na międzynarodowym konkursie festiwalu Azoty w Tarnowie.  Co prawda ich nazwa może przysporzyć problemów z wymową, ale najważniejsze jest tu samo znaczenie słowa vehemence, czyli gwałtowność. W istocie jest ona główną cechą tego porywającego i nieprzewidywalnego zespołu.  W skład kwartetu chodzą saksofoniści Mateusz Śliwa (tenor) i Wojciech Lichtański (alt) oraz sekcja rytmiczna : Alan Wykpisz na kontrabasie i Szymon Madej za bębnami. Koncert rozpoczęli od wybranego standardu, którym było Witch Hounting Shortera. Zagrali ten kawałek jakby był ich własnym,  co niewielu zespołom udało się osiągnąć. Zazwyczaj rozdźwięk między autorskimi kompozycjami a  cudzymi był wyraźnie słyszalny.  Mateusz Śliwa i Wojciech Lichtański są autorami kolejnych utworów, odpowiednio Desolation i Każdy chciałby mieszkać w Regulicach. Przyznam, że nie wiem gdzie leży ta miejscowość, ale jeśli grają tam taki jazz, to mogę się kiedyś przeprowadzić.

W zeszłym roku pula nagród została podwojona ze względu na półwiecze festiwalu, ale jak widać prezydentowi Wrocławia spodobało się to na tyle, że w tym roku postanowił dorzucić do Grand Prix dodatkowe 5 tysięcy złotych.  Poza nagrodą główną w zaktualizowanej wysokości 30 tysięcy zostały przyznane wyróżnienia ufundowane przez STOART dla najlepszych muzyków (po 2 tys.). Jeśli chodzi o instrumetalistów, Mateusz Gawęda z PeGaPoFo został uznany za najlepszego pianistę, występujący w Weezdob Collective i Global Schwung Quartet Damian Kostka okazał się najlepszym kontrabasistą, a Kacper Smoliński , również z Weezdob, został wyróżniony za swoją grę na harmonijce ustnej. Kamil Piotrowicz dostał nagrodę za kompozycje, a perkusista Kuba Gudz był najlepszym liderem. Gratuluje nie tylko nagrodzonym, ale także wszystkim biorącym udział w konkursie, bo przecież samo zakwalifikowanie się do najstarszego w Polsce konkursu jazzowego to przecież spore osiągnięcie.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

JnO - Gala 50-lecia/ SBB

fot. Joanna Stoga
Wieczór rozpoczął się od koncertów zespołów. Było wspominkowo, od pierwszych laureatów z 1964 roku, czyli Jazz Band Ball Orchestra, w zmienionym składzie, po wciąż uważanych za przedstawicieli młodego pokolenia jazzowego Pink Freudów. Do jazz bandu dołączył  Stan Breckenridge z wokalem prezentując takie standardy jak śpiewany przez Billie Holliday „New Orleans”  czy „Straighten Up & Fly  Right” Nat King Cole’a. Potem na scenie pojawił się Zbigniew Namysłowski z kwintetem i utworami z płyty „Kujaviak goes funky” wydanej w 1975 roku. Potem posłuchaliśmy grupy Laboratorium, która z jazz-rockową energią przeniosła w lata 70. Na koniec pierwszej części powiew świeżości wnieśli na scene Pink Freud, nadal jedna z najbarwniejszych grup na polskiej scenie. Choć za osobowością sceniczną Wojtka Mazolewskiego akurat nie przepadam, to przyznaje, ze za ich muzyką jak najbardziej.


fot. Joanna Stoga
W przerwie po korytarzach przemykali dwaj mężczyźni z szafą. Większość zapewne słusznie skojarzyła ten popis pantomimy z etiudą filmową Romana Polańskiego oraz odgadła, jakie to ma powiązania z jazzem. Potem z owej szafy podczas drugiej części gali, wychodzili soliści dołączając do big bandu Zbigniewa Czwojdy. Z tego miejsca należy się niski ukłon w stronę muzyków, którzy swingowali przez blisko 5 godzin z przerwami. Wśród solistów znaleźli się polscy wokaliści: Marek Bałata, Grażyna Łobaszewska i Stanisław Soyka. Afrykańskiego kolorytu nadali pochodzący z RPA artyści : wokalistka Siya Makuzeni, której towarzyszył trębacz Marcus Wyatt. Jeśli chodzi o instrumentalistów, to nie mogło zabraknąć Darka Oleszkiewicza. Zagrał niestety tylko jeden utwór, ale za to jaki - „So What” z legendarnego „Kind of Blue” Milesa Davisa. Gościem specjalnym gali był trębacz Jon Faddis, który dał najdłuższy i mocno kabaretowy koncert. Utwory „Night in Tunisia” i „Emanon” przypomniały postać Dizziego Gillespie. Adam Bałdych wraz z Yaronem Hermanem zaprezentowali trzy kompozycje z ich wspólnej płyty „The New Tradition”, co było ilością zupełnie niesatysfakcjonującą. Podobnie w przypadku Tomasza Stańki, który zagrał „Kołysankę Rosemary” , „My Funny Valentine” oraz „All Blues”. Niestety forma gali, jaką sobie założyli organizatorzy, nie pozwalała na więcej. I tak przeciągnęła się w czasie, co w sumie dało ponad ośmiogodzinny maraton. A co na koniec tego maratonu? Otóż jubileuszową galę Jazzu nad Odrą zakończyli bracia Golcowie ze swoim „Ścierniskiem” oraz utwór kabaretowy w wykonaniu prowadzących całą galę Artura Andrusa i Jerzego Skoczylasa. Zdumiewające.

archpeak.com
Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że gala okazała się widowiskiem w wielu aspektach nietrafionym. Istny przerost formy nad treścią. Kilka koncertów było wręcz deprecjonująco za krótkich, kilka w ogóle niepotrzebnych oraz przy tym wszystkim fatalnie ze sobą zestawionych. No i z całym szacunkiem dla braci Golców, którzy nota bene wygrali jeden z konkursów na JnO (Acoustic Jazz Sextet 1997 r.), ale „Ściernisco” jako finał?

Przy tej okazji przychodzi mi na myśl nieśmiertelny cytat wybitnego architekta Ludwiga Miesa van der Rohe : „less is more”.


Oficjalnie festiwal kończył się może mniej jazzowym, ale za to jakże wyjątkowym wydarzeniem. Oto po 20 latach spotkali się na scenie Józef Skrzek, Apostolis Anthimos i Jerzy Piotrowski. SBB w oryginalnym składzie, zagrało podczas pierwszej części między innymi Erotyk i Freedom With Us. W połowie dołączył do grupy Marcin Pospieszalski, Sławomir Piwowar oraz Miłosz Wośko, który dyrygował Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach. W takim składzie wykonali suitę „Ze Słowem Biegnę do Ciebie” oraz między innymi „Memento z banalnym tryptykiem” i „Z których krwi krew moja”.  Wiadomo było, że będzie to dla wielu wiernych fanów SBB niezwykle ważna chwila, i mimo potknięć, czy może już nie tak sprawnego wokalu Józefa Skrzeka, chwila podniosła. Podwójne owacje na stojąco chyba są wystarczającym dowodem na to, że dla wielu to był piękny i emocjonalny koncert. 



niedziela, 13 kwietnia 2014

JnO - Hiromi/Napiórkowski/Childs/Ortiz


Nie ukrywam, że długo czekałam na ten dzień, który wydawał mi się być jedną z najciekawszych i najbardziej obiecujących propozycji festiwalu. O Hiromi Ueharze i jej trio nie mówiło się za dużo prasowych informacjach, podobnie jak o Ambrose Akinmusire, a przecież mimo, że są to artyści młodszego pokolenia (odpowiednio 35 i 32 lata) to już obdarzeni dużym uznaniem. Potem koncert naszego najlepszego polskiego gitarzysty Marka Napiórkowskiego z ostatnim projektem z płyty Up! w pełnym składzie, a na koniec Billy Childs Quartet. Jam sessions zapowiadał się równie interesująco bo oto na fortepianie grać miał kubański artysta Aruán Ortiz w kwartecie, co ciekawe z Gerardem Cleaverem za bębnami, czyli perkusistą znanym nam dobrze ze współpracy z Tomaszem Stańko w New York Quartet.


fot. Andrzej Olechnowski
Hiromi Uehara znana jest ze swoich niesamowitych umiejętności i szaleńczego tempa. Do Wrocławia przyjechała ze swoim trio. Gitara kontrabasowa Anthony’ego Jacksona i pokaźny zestaw perkusyjny Simona Phillpsa sprawiły, że koncert miał rockowe brzmienie. Rozpoczęli tytułowym kawałkiem z ostatniej ich płyty „Move”, jednak przeważały utwory przedpremierowe z albumu „Alive” mającego ukazać się w czerwcu, takie jak „Player” , „Dreamer” czy też piękne i spokojne fortepianowe solo podczas „Fire Fly”. Efektowne było to granie, trzeba przyznać, choć trochę może za mało było Hiromi w Hiromi. Uderzanie pięściami w klawiaturę czy granie unisono jedną ręką na fortepianie a drugą na keyboardzie może nie było konieczne, bo i tak koncert był ciekawy, przede wszystkim ze względu na świetnych muzyków, z którymi Hiromi gra w swoim trio. Nie mogę się natomiast zgodzić, że „efektów” było za dużo i tylko na nich ten koncert polegał.


fot. Andrzej Olechnowski
Marek Napiórkowski i jego ostatnia płyta „Up!” to nie lada przedsięwzięcie. Występ na JnO był świetną okazją, aby usłyszeć materiał na żywo i to w pełnym składzie. Aby jeszcze bardziej podkręcić atmosferę,  na saksofonach popisy dawali Adam Pierończyk jako gość specjalny i Henryk Miśkiewicz, który w nagraniach dał się namówić na klarnet, mimo, że to saksofon jest jego pierwszym instrumentem. Reszta bez zmian : niezastąpiony Krzysztof Herdzin, który zajął się aranżami, pełnił rolę dyrygenta i pianisty, Clarence Penn na perkusji oraz Robert Kubiszyn na gitarze basowej. Klasyczny rozmach i odbiór materiału z płyty w oryginalnym brzmieniu zawdzięczamy muzykom z nonetu. Jeśli ktoś płyty słuchał tak wiele razy jak ja, to na pewno zauważył pewne dodane barwy i docenił partie improwizowane, a także fakt że pojawiło się dużo utworów spoza albumu. Nie chce teraz wyjść na przedstawicielkę grup, które nad wyraz sobie cenią polskich wykonawców ponad resztę świata, ale Napiór nawet bardziej mi się podobał od Hiromi, czego się w ogóle nie spodziewałam. 

Billy Childs rok temu przyjechał do Wrocławia na zaproszenie Darka Oleszkiewicza do projektu Tribute to Charlie Haden”. Tym razem miał szansę zaprezentować własne kompozycje ze swoim  All Star Quartet : Stevem Wilsonem na saksofonie, Hansem Glawischnigiem na kontrabasie oraz Ari Hoenigiem na perkusji. Na koniec dnia, takiego jazzu w czystej postaci trzeba nam było. Po kolorowej i uroczej Hiromi i klasycznie zabarwionym koncercie Marka Napiórkowskiego można było odnaleźć prawdziwą radość z tej muzyki. Jego kompozycje zabrały słuchaczy w prawdziwie amerykański świat jazzu. Może nie był to najdłuższy koncert, bo razem z bisem trwał około półtorej godziny, ale przynajmniej tym razem, można było jeszcze zdążyć na Jam Sessions. Jakież było moje zdziwienie, kiedy się dowiedziałam, że Billy Childs grał z Chrisem Bottim i Stingiem. 

Tym razem w klubie festiwalowym gościliśmy pianistę Aruána Ortiza z  Joshem Ginsburgiem na kontrabasie, Rezem Abbasim na gitarze oraz –uwaga- Geraldem Cleaverem na perkusji. Artysta opowiedział o swojej płycie „Orbiting” i całej koncepcji z nią związanej. W jego utworach w istocie dało się wyczuć zapętlenia i krążenie wokół głównego motywu, niejako wprowadzające w trans. Radość z grania jaka malowała się na twarzy leadera chyba wyjaśnia wszystko. Myślę, że z powodzeniem ten kwartet mógł wystąpić na dużej scenie i zebrać sporą widownię.   To był udany dzień na Jazzie nad Odrą.

JnO - Cincotti/Akinmusire/Garret

Siódmy dzień festiwalu był iście amerykański i tak jak same Stany Zjednoczone, zarówno zachwycający, jak i wkurzający. Miks wokalistyki męskiej, młodego nowoczesnego jazzu oraz tego bardziej dojrzałego, miał pewnie pokazać jak bardzo skomplikowanym i złożonym zjawiskiem jest jazz. Czy się udało?

Pierwszą gwiazdą wieczoru był Peter Cincotti, amerykański kompozytor, pianista i wokalista o włoskich korzeniach, przedstawiciel sceny nowojorskiej. W swoich nowych kompozycjach, które głównie prezentował, był niestety boleśnie maistreamowy. Owszem, można było się spodziewać jakiego rodzaju muzyka to będzie, ale darujmy sobie eufemizmy w stylu „otworzenie się na szersze grono odbiorców” i po prostu powiedzmy bez ogródek „swoisty pop”. Koncert jednak, sam w sobie nie był zły. Artysta w swoją grę i śpiew wkładał całe serce, był przy tym naturalny i unikał zbytniego aktorskiego efekciarstwa, jedynie dodawał didaskalia do każdego utworu. Owacje na stojąco są chyba najlepszym dowodem na to, że publika była wniebowzięta. Myślę jednak, że to wydarzenie lepiej by się sprawdziło, gdyby było autonomiczne i nie podlegało festiwalowej koncepcji. Choć rozumiem chęć pokazywania jazzu w różnych odsłonach, to niestety nowa muzyka Petera Cincotti’ego wypadła już za jazzową orbitę i zbliżyła się nieco do stylistyki „Tańca z gwiazdami”. 


fot. Joanna Stoga
Zupełnie innych doznań przysporzył Ambrose Akinmusire Quintet. Ich występ na JnO był pierwszym punktem na trasie po Europie i jak sam trębacz powiedział, nie mógł sobie wyobrazić lepszego miejsca, żeby ją zacząć. (W Polsce można go było jeszcze usłyszeć 12.04 w Poznaniu).  Ten zdolny „cat” wypracował swój własny awangardowy język w graniu, ale nie osiada na laurach i nie przestaje poszukiwać nowych historii do opowiadania. Wydawanie w prestiżowej Blue Note w końcu nie tylko nobilituje, ale i zobowiązuje. Tego dnia było po trochu wszystkiego. Kilka kawałków  z „The Imagined Savior is Far Easier To Paint”, jak „Vartha” czy „As we fight” , utwór „Regret no more” przypomniał o albumie „When The Heart Emerges Glistening” a taże pojawił się zupełnie nowy materiał , nie nagrany jeszcze w studio. Szkoda jedynie, że zespół musiał się spieszyć, i nie mógł do końca wybrzmieć w pełni, bo zaraz na scenę miał wejść Kenny Garret, i tak już prawie dwie godziny później niż planowano.

fot. Joanna Stoga
Późna pora, zmęczenie, wyeksploatowana percepcja sprawiły, że u wielu pojawiły się momenty kryzysowe, jednak Kenny Garret Quintet nie pozwolił zasnąć. Wyśmienite solówki leadera, etniczne zabarwienie perkusjonaliami i śpiewem, gęstwina dźwięków, porywające tempo, wszystko wspaniale wyważone. Tego nie można było przegapić. Sam koncert był świetny, choć większość pewnie najbardziej zapamięta  słynny ich już numer z milionem bisów. Utwór „Happy people” najpierw rozkołysał publikę we wspólnym śpiewaniu, potem wyrwał foteli, a na końcu porwał a scenę do tańca. Sami muzycy chyba nie spodziewali się takiego odbioru, ani tego, że będą… beat-boxować i rapować. Nie na każdym koncercie przecież się tak zdarza, że nie tylko publiczność, ale też członkowie zespołu, wyjmują smartphony i nagrywają to, co dzieje się na scenie. Główny motyw rozbrzmiewał jeszcze w hallu za sprawą zachwyconej i w pełni usatysfakcjonowanej publiki. O tym wydarzeniu, na pewno jeszcze długo się będzie mówiło.
Niestety na Macieja Fortunę w „Rurze” już nie dałam rady dotrzeć, ale gratuluje wytrwałym, którzy o 2. w nocy nie mieli jeszcze dość oraz samemu trębaczowi, który był zmuszony tak późno grać. Przy okazji apeluję do organizatorów aby trzymali się ram czasowych, które sami założyli, wyjdzie to na dobre publice, artystom i obsłudze.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Półmetek JnO.

Połowa festiwalu minęła, jednak dla mnie był to pierwszy dzień. Prosto z samolotu pobiegłam do Impartu sprawdzić jak trzyma się załoga stałych bywalców, która nie kryła zmęczenia. Znalazłam się w komfortowej sytuacji, pozbawiona ciężaru i przeładowania koncertowego.


Szósty dzień był wyjątkowy ze względu na rozstrzygnięcie konkursu festiwalowego, który jest nieodłącznym punktem programu. Cała 50-letnia historia Jazzu nad Odrą wiąże się przecież właśnie z konkursem. Jak co roku młode zespoły mają szansę zaprezentować się przed znamienitym jury oraz wymagającą publiką, a samo zakwalifikowanie się do tego etapu już jest dużym wyróżnieniem. Wśród ośmiu szczęśliwców wyłonionych przez Artura Lesickiego, Igora Pietraszewskiego i Wojciecha Siwka, znalazły się po dwa zespoły z Krakowa, Poznania i Wrocławia, oraz dwa międzynarodowe składy osadzone w Niemczech i Austrii.
Młode talenty oceniało jury w składzie: Kuba Stankiewicz, Darek Oleszkiewicz, Paweł Brodowski 
Marek Dusza i Marcus Wyatt. „Jestem dumny z uczestników. Poziom był niezwykle wysoki. Jestem dumny z festiwalu, z miasta Wrocław, które wspiera festiwal oraz z publiczności„ mówił Oles, podsumowując konkurs.

 A teraz przejdźmy do rzeczy, czyli do wyników, bo przecież to jest najistotniejszą informacją z przebiegu wczorajszego wieczoru. A oto laureaci:

Grand Prix festiwalu (25 tys. złotych)
NSI Quartet w składzie:
Cyprian Baszyński - trąbka,
Bartłomiej Prucnal - saksofon,
Piotr Południak - kontrabas
Dawid Fortuna - perkusja


Druga nagroda  (10 tys. złotych) ufundowana przez STOART.
Dima Bondarev Quintet w składzie:
Dima Bondarev -  trąbka (Ukraina)
Igor Osipow – gitara (Ukraina),
Ludwig Hornung – fortepian (Niemcy)
Andreas Lang – kontrabas (Dania)
Jesus Vega – perkusja (USA)

Nagrody ZAIKSu :
Nagroda specjalna (5 tys. złotych) na podróż do Los Angeles i warsztaty z Darkiem Oleszkiewiczem dla kontrabasisty – Jakuba Dworaka, oraz dwie nagrody (2x2,5 tys. złotych) dla  pianistów: Michała Szkila i Tomasza Jędrzejewskiego

Nagroda „Best Time Keeper” zegarek o wartości ponad 3 tys. złotych od jednego ze sponsorów, marki Oris:
Mateus Haddim, brazylijski perkusista, najmłodszy uczestnik konkursu.

Jak podkreślał dyrektor festiwalu Wojciech Siwek, tak wysokiej nagrody nie ma na żadnym innym polskim festiwalu, a żeby tego było mało, prezydent Wrocławia, Rafał Dutkiewicz postanowił tę pulę podwoić. Na początku wywołało to może lekkie niedowierzanie wśród publiki, ale po euforycznych oklaskach prezydent chyba nie ma innego wyjścia jak z tej obietnicy się wywiązać. Ciekawe jakie inne niespodzianki jeszcze nam szykuje ta jubileuszowa edycja?

Dalszy ciąg wieczoru upływał nadal pod znakiem konkursu, Kwartet Mariusza Bogdanowicza, w którego skład wchodzą laureaci konkursu JnO z poprzednich lat, wystąpił z materiałem z płyty SYNTONIA (z greckiego „współbrzmienie”). Na fortepianie grał Paweł Tomaszewski, za bębnami zasiadł Sebastian Frankiewicz, a na saksofonie Adam Wendt, którego syn Tomasz również został wyróżniony na JnO w zeszłym roku.
Tytuł albumu to termin wprowadzony przez Bleulera oznaczający w skrócie chęć nawiązywania bliskich kontaktów z ludźmi, co udało się zespołowi osiągnąć. Bardzo emocjonujące i emocjonalne to było granie. Melodyjna i niekiedy romantyczna muzyka spowodowała, że między słuchaczem a zespołem pojawiła się ta nić, o którą leaderowi zapewne chodziło. Można było zapomnieć o świecie i dać się wciągnąć całkowicie.

fot. Andrzej  Olechnowski
Z tego błogiego nastroju wyrwał słuchaczy krótki, aczkolwiek intensywny koncert laureatów, którzy zagrali co prawda tylko trzy utwory (Ostatni, Good Bye Jądro i Oczy Kobry), ale i tak zdążyli zrobić na słuchaczach wrażenie. Co jest charakterystyczne dla tej grupy, to zaskakujące zwroty akcji, kiedy to niepozorna i spokojna muzyka w ułamku chwili przeobraża się w intensywne i głośne gradobicie dźwięków. Na uwagę też zasługuje perkusja Dawida Fortuny, której nadaje wręcz elektroniczny charakter. Obowiązkowo należy sprawdzić ich album Introducing. W tych muzykach jest moc.

Na koniec tego intensywnego dnia nastąpiła zmiana ról. Na scenie znaleźli się Ci, którzy wcześniej artystów oceniali, czyli Darek Oleszkiewicz i Kuba Stankiewicz w duecie. W takiej konfiguracji grali ostatnio ponad 30 lat temu. Zaprezentowali materiał przedpremierowy, autorstwa Stankiewicza, który postanowił poświęcić się tym razem muzyce Victora Younga. Poprzednio wziął na barki utwory Wojciecha Kilara, co zaowocowało płytą „Kilar” wydaną w ubiegłym roku. Victor Young był kompozytorem porównywanym z Georgem Gershwinem. W Warszawie szkolił się na skrzypcach pod okiem Barcewicza i Statkowskiego. Wśród wybranych kompozycji jego autorstwa znalazły się głównie motywy z filmów z lat czterdziestych i pięćdziesiątych takich jak Something to live for czy Johny Guitar. Nie mogło zabraknąć klasyków, czyli Stella by Starlight, Love Letters i Beautiful Love. Duet prezentował je z niezwykłą lekkością i klasą. W tej muzyce nie było niczego niepotrzebnego. Wspaniale wyważone, eleganckie i pełne wdzięku granie, w które można się było zatopić po uszy. Panowie – czapki z głów.