poniedziałek, 3 lutego 2014

Program 50. Jazzu Nad Odrą !

Festiwalowi Jazz nad Odrą za dwa miesiące stuknie 50 lat. Kiedy pół wieku temu zorganizowano pierwszy studencki przegląd zespołów jazzowych, chyba nikt się nie spodziewał, że urośnie on do rozmiarów międzynarodowego wydarzenia. Dziś poznaliśmy listę gości, którzy pojawią się w kwietniu we Wrocławiu, a wśród nich między innymi Hiromi Uehara, Ambrose Akinmusire, Kenny Garret , Billy Childs, Gregory Porter... Lista jest jednak wciąż otwarta, gdyż organizatorzy prowadzą rozmowy z Davidem Sanbornem. 
Nie zabraknie także polskich sław. Materiał z nowej płyty Up! zaprezentuje Marek Napiórkowski, w starym składzie usłyszymy SBB, swoją obecność zadeklarował również Darek Oleszkiewicz, którego na razie nie ma w rozpisce, ale na pewno się pojawi. To oczywiście jedynie kilka nazwisk z długiej listy znakomitych muzyków, którzy wystąpią na tegorocznym JnO. Niewykluczone, że i tu zajdą pewne zmiany.
Do stałych punktów programu należy konkurs na indywidualność jazzową, który przez lata wyłonił wielu wspaniałych polskich artystów.  W tym roku również młode zespoły będą mogły zaprezentować swoje umiejętności przed festiwalowym jury. Czego jeszcze nie może zabraknąć to oczywiście –jak to mawia Jan Ptaszyn Wróblewski- sesji z powidłami, czyli jam sessions. W tym roku organizatorzy postanowili reaktywować zamknięty od kilku lat, legendarny klub Rura, odwzorowując jego wnętrze w sali kameralnej Impartu.  istnieje realna szansa na prawdziwą reaktywację w dawnej lokalizacji w przyszłym roku – trzymamy kciuki. 
Festiwal niezmiennie zakończy wielka gala jazzu, jednak tym razem, nie odbędzie się ona w klubie festiwalowym, a w ogromnej Hali Stulecia. Może w tym roku starczy miejsca dla wszystkich chętnych, gdyż zawsze bilety wyprzedawane są na długo przed imprezą.
Poza koncertami, festiwalowi towarzyszyć będą także inne wydarzenia, jak wystawy, pokazy filmów czy też spektakle muzyczne. 
A oto szczegółowy program:


4.04.2014 (piątek)

KINO NOWE HORYZONTY
Przegląd filmów dokumentalnych Andrzeja Wasylewskiego i recital HANNY BANASZAK

IMPART, MAZOWIECKA 17
OTWARCIE KLUBU FESTIWALOWEGO „RURA”  JAM SESSION

5.04.2014 (sobota)

TEATR MUZYCZNY CAPITOL
RAT PACK czyli Sinatra z kolegami
premiera spektaklu muzycznego TM CAPITOL
scenariusz i reżyseria: Konrad Imiela

IMPART, MAZOWIECKA 17
Piotr Baron “GUMBO GET” PROJECT
Piotr Baron – tenor saxophone, soprano saxophone, bass clarinet;
Robert Majewski – trumpet, fluegelhorn;
Grzegorz Nagórski – trombone, euphonium;
Michał Tokaj – piano;
Jacek Niedziela - Meira – double bass;
Frank Parker – drums;
Joachim Menzel – hurdy-gurdy;
Jorgos Skolias – vocal;

RURA SESSION

6.04.2014 (niedziela)

IMPART, MAZOWIECKA 17
TERENCE BLANCHARD QUINTET
Terence Blanchard – trumpet;
Brice Winston – tenor saxophone;
Fabian Almazan – piano;
Robert Hurst – bass;
Jeff Watts – drums;

RURA SESSION

7.04.2014  (poniedziałek)

IMPART, MAZOWIECKA 17
PIOTR WOJTASIK  QUARTET
Piotr Wojtasik – trumpet;
Viktor Toth – alto saxophone;
Stefan Weeke – bass;
John Betsch – drums;

IMPART, MAZOWIECKA 17
GREGORY PORTER – vocal, lead;
feat. Yosuke Sato – tenor saxophone;
Chip Crawford – piano;
Aaron James – bass;
Emanuel Harrold – drums;

RURA SESSION
    
8.04.2014 (wtorek)

IMPART, MAZOWIECKA 17
PIERWSZY DZIEŃ PRZEGLĄDU KONKURSOWEGO

IMPART, MAZOWIECKA 17
LAUREAT GRAND PRIX 2013 Licak/Wośko Quartet

IMPART, MAZOWIECKA 17
HOUSTON PERSON QUARTET:
Houston Person tenor saxophone;
John Di Martino piano;
Matthew Parrish bass;
Chip White drums;

RURA SESSION

9.04.2014  (środa)

IMPART, MAZOWIECKA 17
DRUGI DZIEŃ PRZEGLĄDU KONKURSOWEGO

IMPART, MAZOWIECKA 17
DAN TEPFER SOLO

IMPART, MAZOWIECKA 17
MARIUSZ BOGDANOWICZ QUARTET
Mariusz Bogdanowicz – acoustic bass;
Adam Wendt – tenor & soprano saxophones;
Paweł Tomaszewski – piano, keyboards;
Sebastian Frankiewicz – drums;

RURA JAM SESSION

10.04.2014 (czwartek)

HALA STULECIA, WYSTAWOWA 2
AMBROSE AKINMUSIRE QUINTET
Ambrose Akinmusire – trumpet;
Walter Smith III – tenor saxophone;
Sam Harris – piano;
Harish Raghavan – bass;
Justin Brown – drums; 

HALA STULECIA, WYSTAWOWA 2
PETER CINCOTTI TRIO

HALA STULECIA, WYSTAWOWA 2
THE KENNY GARRETT QUINTET
Vernell Brown – piano;
Corcolan Hort – bass;
McClenty Hunter – drums;
Kenny Garrett – alt saxophone;
Rudy Bird – percussion;

RURA SESSION

11.04.2014 (piątek)

IMPART, MAZOWIECKA 17
MAREK NAPIÓRKOWSKI UP! 
Krzysztof Herdzin – piano;
Clarence Penn – percussion;
Robert Kubiszyn – double bass, bass guitar;
Adam Pierończyk – tenor & soprano saxophones;
Henryk Miśkiewicz – bass clarinet;

IMPART, MAZOWIECKA 17
ARUÁN ORTIZ QUARTET:
Aruán Ortiz piano;
Josh Ginsburg  bass;
Nasheet Waits drums;
Rez Abbasi guitar;

IMPART, MAZOWIECKA 17
BILLY CHILDS ALL-STAR QUARTET:
Billy Childs – piano;
Steve Wilson – alt saxophone;
Hans Glawischnig – bass;
Ari Hoenig – drums;

IMPART, MAZOWIECKA 17
HIROMI : THE TRIO PROJECT
feat. Anthony Jackson bass;
Simon Phillips drums;

RURA SESSION

12.04.2014 (sobota)

HALA STULECIA, WYSTAWOWA 2
GALA 50-LECIA JAZZU NAD ODRĄ

13.04.2014 (niedziela)

Orkiestra Symfoniczna i Big Band Akademii Muzycznej Wrocław
p/dyr. Marka Pijarowskiego: Rolf Liebermann CONCERTO FOR JAZZ BAND & SYMPHONY ORCHESTRA    

IMPART, MAZOWIECKA 17
SBB Reunion
Józef Skrzek
Apostolis  „Lakis” Anthimos
Jerzy „Keta” Piotrowski
Goście:
Marcin Pospieszalski - bass
Miłosz Wośko - piano i aranże na orkiestrę 


RURA SESSION

Imprezy towarzyszące:

_ PARADA NOWOORLEAŃSKA
_ LAUREACI OSTATNIEJ DEKADY – KONCERTY KLUBOWE, TERMIN: 6-10.04.2014
_ Wystawa plakatów konkursowych  2013 oraz wystawa historyczna
    Jazzu nad Odrą – Impart,  Mazowiecka 17
_ ECHOJazz – projekt filmowo - muzyczny dla dzieci – KINO NOWE HORYZONTY,
   TERMIN:  4, 5, 11.04.2014


Za informacje dziękuje mojemu szpiegowi Lechowi! ;)



wtorek, 28 stycznia 2014

O Włodku Pawliku słów kilka.


Włodek Pawlik swój talent, można by rzec, wyssał z mlekiem matki. Jego dziadkowie od strony mamy byli muzykami, jego rodzice również  – matka śpiewaczka, ojciec skrzypek i dyrygent. Brat jest śpiewakiem, żona pianistką, syn gra na wiolonczeli, a córka na saksofonie. Muzyka chyba od zawsze otaczała go ze wszystkich stron...

Urodził się w Kielcach, dokąd ze Śląska przeprowadzili się rodzice. Ukończył średnią szkołę muzyczną, szkoląc się pod okiem Andrzeja Domina, w klasie fortepianu, aby potem kontynuować edukację w Warszawie na dawnej Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina (dziś Uniwersytet Muzyczny im. F. Chopina). Tu pod skrzydła wzięła go profesor Barbara Hesse-Bukowska, wybitna pianistka i pedagog, jurorka konkursów, która niestety nie mogła cieszyć się z powodu wygranej nagrody Grammy przez swojego ucznia, zmarła niespełna dwa miesiące przed ogłoszeniem wyników. Dzisiaj pianista sam naucza w swojej dawnej szkole, gdzie prowadzi wykłady z improwizacji.

Z jazzem związany jest od końca lat 70., gdy grał w kieleckim Sunday Band. Jest laureatem wielu polskich i międzynarodowych konkursów.  Zauważony został na studenckim festiwalu we Wrocławiu, w 1977 roku, wygrywając konkurs na indywidualność jazzową. Konkurs ten wyłonił wiele sław i przeprowadzany jest do dziś, a sam festiwal  będzie w kwietniu obchodził 50. urodziny. Chodzi oczywiście o Jazz nad Odrą.  Pawlik otrzymał również stypendium im. Krzysztofa Komedy, Grand Prix na Międzynarodowym Konkursie Jazzowym w Dunkierce oraz II nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Kompozycji Jazzowych w Monaco. Nasz wybitny pianista był wielokrotnie wyróżniany jako Jazzowy Muzyk Roku przez legendarny warszawski klub Akwarium – pierwszy jazzclub w Polsce. W tym samym klubie została w 1994 r. nagrana płyta Live w kwartecie Western Jazz. Często występował na warszawskich festiwalach, młodszym WSJD, organizowanym przez Mariusza Adamiaka, oraz na Jazz Jamboree, kolejnym obok JnO festiwalowym gigancie.

Włodek Pawlik ukończył także studia na wydziale Jazzowym Hochschule fur Musik und Darstellende Kunst w Hamburgu w 1990 roku. To właśnie w Niemczech napotkał na swojej drodze Randy'ego Breckera, wybitnego trębacza i flugerhornistę, który wraz ze swoim bratem Miechaelem (saksofon) tworzył zespół "The Brecker Brothers". Pierwszym owocem współpracy polskiego pianisty z Randym Breckerem była płyta "Turtles", która ukazała się w 1997 roku. Przez krytyków Down Beat Magazine została uznana za wybitną. Potem do wspólnego koncertowania powrócili przy okazji nagrania "Jazz Suite Tykocin", a wiąże się z tym niesamowita historia. Bodźcem do powstania suity był niezwykły bieg wydarzeń związanych z chorobą Miechalea Breckera, który cierpiał na białaczkę. Włodek Pawlik pomagał mu znaleźć dawcę szpiku kostnego i okazało się, że korzenie braci Brecker sięgają Podlasia. Ich dziadek, Jakub Tykocki, pochodził z Tykocina i był jednym z pierwszych rabinów Szkoły Rabiniackiej. Do Stanów Zjednoczonych zdążył wyemigrować jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Wcześniej było to miejsce gdzie żyło ze sobą wiele narodowości, także społeczność żydowska. 
To odkrycie stanowiło inspirację do napisania, już po śmierci Michaela, suity Tykocin. Zamówienie na utwór złożyła Opera i Filharmonia Podlaska w Białymstoku. Autorowi projektu towarzyszył Randy Brecker na trąbce, Paweł Pańta na basie, Cezary Konrad na perkusji oraz Orkiestra Symfoniczna Opery i Filharmonii Podlaskiej pod dyrekcją Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego. Płytą zainteresował się amerykański wydawca Summit Records, który wydał ją w USA pt. "Nostalgic Journey – Tykocin Jazz Suite". Zebrała ona świetne opinie, a Włodek w ankiecie „Jazz Station“ z Los Angeles został okrzyknięty Jazzowym Kompozytorem Roku 2009. Recenzenci Rzeczpospolitej i Gazety Wyborczej wyróżnili album jako Jazzową Płytę Roku.

Kolejnym dużym przedsięwzięciem z udziałem orkiestry była nagrodzona Grammy płyta "Night in Calisia".
W 2010 roku Kalisz obchodził swoje 1850-lecie i z tej okazji, szef Filharmonii Kaliskiej, muzyk i dyrygent Adam Klocek postanowił zaprosić Włodka Pawlika do napisania kilku kompozycji na tę okazję. Będąc pod wrażeniem suity „Tykocin“ zapragnął , aby do składu również dołączył Randy Brecker oraz pozostali muzycy z trio czyli Czarek Konrad i Paweł Pańta. Materiał napisany na zamówienie miasta został nagrany w studio 2 lata później i wydany w Licomp Empik Multimedia oraz wprowadzony na rynek amerykański znów przez Summit Records. Jak sam Włodek Pawlik opowiadał w wywiadzie dla Jazz Forum, muzyka na płycie ma w sobie liryzm, który wiąże się ze specyfiką całego instrumentarium, niezależnie od samych kompozycji. Cały nastrój ukryty jest w właśnie w przestrzennym brzmieniu, którego nie dałoby się osiągnąć w aranżach np. na big band. Dodatkowo instrumenty perkusyjne odgrywały ważną rolę nadając etnicznego charakteru całości. Płyta okazała się zwycięską w kategorii „Best Large Ensemble Jazz Album“ i stanowi pierwsze w historii wyróżnienie dla Polaków w kategorii jazzowej. Tym samym Włodek znalazł się w zacnym towarzystwie innych wyróżnionych polskich twórców. Grammy otrzymała w 2013 roku Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Narodowej pod batutą Antoniego Wita, wcześniej trzy statuetki otrzymał Krzysztof Penderecki, zaś najwięcej wśród Polaków – dziesięć- zdobył Artur Rubinstein.

Pozostając w temacie dużych składów, nie można zapomnieć o Misterium Stabat Mater z udziałem chóru gregoriańskiego,. Tym razem był to projekt w nurcie muzyki poważnej, sakralnej, sięgający IX wieku.  Wydane zostały dwie płyty, w 2001 i w 2005 roku. Sam koncert utrwalił się w pamięci podczas Vratislavia Cantans w 2003 roku zbierając entuzjastyczne opinie krytyków oraz pozostawiając na słuchaczach ogromne wrażenie. Druga płyta została nagrana przy udziale Pawła Łukaszewskiego (dyrygent) Sebastiana Gunerki  (śpiew) oraz Chóru Katedry Warszawsko-Praskiej Musica Sacra. Zadedykowano ją zmarłemu papieżowi, Janowi Pawłowi II i uhonorowano Fryderykiem. Włodek Pawlik nagrał też dwie inne płyty związane z tematyką religijną mianowicie kolędy polskie, tym razem już solo, pierwsza w 2004, druga jeszcze niedawno, bo w  2013.

Pianista świetnie sobie radzi w dużych projektach jak i w tych bardziej kameralnych, gdzie występuje sam, lub ze swoimi przyjaciółmi z trio, czyli wspominanymi już Czarkiem Konradem i Pawłem Pańtą. Forma ta zawiera klasyczne jazzowe połączenie kontrabasu, fortepianu i perkusji, co daje przestrzeń dla indywidualnych improwizacji, ale także narzuca wszystkim trzem pewne wymagania. Ich płyta "Anhelli", która jest chyba jedną z najbardziej rozpoznawalnych, stanowiła próbę interpretacji tytułowej postaci poematu Juliusza Słowackiego. Została uznana wg TVP Kultura  za Muzyczne Wydarzenie Roku (jazz-rock) w 2006 roku.
Jeden z moich ulubionych albumów, "Grand Piano", czyli solowy projekt Włodka również odbił się szerokim echem w Polsce. Dwie płyty, dwie noce, improwizacje, intuicja i wyobraźnia. Ten materiał to po prostu coś, czego można słuchać w kółko i wciąż odkrywać coś na nowo.

Włodek Pawlik komponuje także muzykę filmową,  co niewątpliwie znacznie poszerza jego grono odbiorców. Filmy do których tworzył dźwiękową oprawę otrzymały wiele nagród. Wśród tytułów znaleźć można takie dzieła jak "Wrony" i "Pora Umierać" Doroty Kędzierzawskiej oraz  "Rewers" Borysa Lankosza. Komponował też do międzynarodowych produkcji , "Nightwatching" Petera Greenwaya i "Within the whirlwind" Marleen Gorris. Pianista związany jest  z muzyką teatralną, za którą został nagrodzony podczas festiwalu Dwa Teatry. Wyróżnione zostało wtedy słuchowisko Polskiego Radia "Novocento" , monodram opowiadający historię... wybitnego pianisty . No a skoro już jesteśmy przy wybitnych pianistach, to warto podkreślić, jak ogromnej wszechstronności wymaga komponowanie muzyki filmowej, która przecież może mieć nie tylko współczesny charakter, ale także może być stylizowana na nurty sprzed kilku wieków.

W swojej działalności pedagogicznej Pawlik nie ogranicza się tylko do uniwersytetu, z wykładami gościł między innymi w Michigan, Brukseli czy też Los Angeles. Ponad to jest jurorem na wielu konkursach muzycznych w kraju, ale także za granicą, a jego płyty i trasy koncertowe są uznawane za najważniejsze jazzowe wydarzenia. Swoją obecnością uświetnia uznane na świecie festiwale, otrzymuje nagrodę za nagrodą oraz wiele nominacji. Dużo dzieje się w jego karierze, a mimo tych wszystkich sukcesów wciąż pozostaje osobą niezwykle skromną. Kiedy dostał nominację do Grammy był szczerze zaskoczony, a na pytanie czy jest bardziej jazzmanem , czy pianistą klasycznym odpowiada, że jest po prostu muzykiem. Nie gwiazdorzy, unika zbędnego zamieszania, a to co go najbardziej martwi, to obecna w mediach sztuczność, kult pieniędzy i zbytnie przywiązanie do kreowania wizerunkuNie można się nie zgodzić, że taka osoba zdecydowanie zasłużyła sobie na muzycznego Oscara. Jest to dla wszystkich fanów jazzu wspaniała wiadomość. Powiem więcej, nawet jeśli ktoś po raz pierwszy usłyszał przy tej okazji o Włodku Pawliku , też na pewno był zachwycony, chociażby z tego powodu, że to polski album został wyróżniony w tak prestiżowym konkursie fonograficznym. Mam nadzieję, że ta nagroda pociągnie ze sobą szereg innych pozytywnych zjawisk . Może nie tylko wzbudzi zainteresowanie samymi muzykami, ale także w magiczny sposób skieruje oczy polskich mediów na jazz, o którym tak na prawdę niewiele się mówi. 

środa, 22 stycznia 2014

Fusion czy nie? oto jest pytanie...

Tytuł : NO FUSION
Autor: Fusion Generation Project
Skład:
Dariusz Petera – fortepian, instr. klawiszowe, melodyka
Krzysztof Lenczowski – gitara akustyczna, elektryczna, wiolonczela
Łukasz Jan Jóźwiak – gitara basowa, piccolo bas
Krzysztof Kwiatkowski – perkusja
Marcin Kajper – saksofon tenorowy, sopranowy
Michael „Patches” Stewart -trąbka
Data wydania: 10.11.2013
Wytwórnia: Allegro Records


Być może nieco przewrotnie próbują na nie odpowiedzieć artyści z Fusion Generation Project. Zespół istnieje już od 2009 roku, a niedawno wydał debiutancki album pt. uwaga uwaga : NO FUSION, nota bene zbierający bardzo dobre recenzje. Jak mówi leader i pianista Darek Petera, ta płyta to wynik ich młodzieńczych fascynacji, choć właściwie nie było to zamierzone. W nagraniu udzielili się na instrumentach dętych dwaj goście specjalni: Michael Patches Stewart (trąbka) oraz Marcin Kajper (saxofony).

Balansowanie między mainstreamem, popem, jazz-rockiem a nawet klasyką tworzy zaiste intrygującą mieszankę. W ten nasycony i zróżnicowany materiał wprowadza nas solo na perkusji w wykonaniu Krzysztofa Kwiatkowskiego, po którym  "Try Before Buy" przenosi w przyjemny funkowy nastrój. Z podobną energią rozpoczyna się i kończy "GoSpell",  która to energia okala spokojną, tajemniczą i momentami nostalgiczną linię trąbki prowadzoną przez Stewarta. Mój ulubiony utwór z płyty Ad Libitum ma zdecydowanie odmienny od reszty, czysto klasyczny charakter. Tutaj możemy usłyszeć  Krzysztofa Lenczowskiego na wiolonczeli, którgo  dobrze znamy z Atom String Quartet.  Do gustu przypadł mi również kawałek "Hiromi", nazwany tak na cześć znakomitej Hiromi Uehara. Niezwykle szybki i intensywny , uwypuklający świetną technikę gry wszystkich muzyków. Nieco inspiracji Patem Methenym usłyszeć można w romantycznej kompozycji AnG, która moim zdaniem spokojnie mogłaby zakończyć płytę. Zamyka ją jednak „No Comment“ napisana przez  Łukasza Jana Jóźwiaka,która wydaję mi się zbyt lekka, łatwa , wręcz humorystyczna. Myślę, że fajnie sprawdziłaby się jako bis na koncercie, aby wprowadzić słuchaczy w wesoły nastrój dźwiękami melodyki , jednak na płycie trochę drażni. Natomiast  zarówno co do samej gry na gitarze basowej, jak i  całej reszty instrumentów. nie mam w ogóle zastrzeżeń.  Po prostu profesjonalna robota!

Jak można się domyślać fonograficzny debiut to często składowa wielu czynników : trochę próba sprawdzenia siebie w zespole, trochę poszukiwania i oczywiście też zabawa. Wydaje mi się , że ta płyta jest jakby spięciem klamrą dotychczasowej czteroletniej współpracy, pewnie dlatego znajdziemy na niej utwory różnej maści. Jednym słowem dla każdego coś miłego. Muszę jednak przyznać, że bardzo jestem ciekawa kolejnego albumu , który już jest w planach i ma być założeniem o bardziej jednolitym charakterze. Na ten moment NO FUSION oczywiście oceniam pozytywnie i całego serca polecam.

środa, 27 listopada 2013

Piórko

Data Wydania: 29 11 2013
Wytwórnia: V Records
Ocena: 4.5/5














Marek Napiórkowski to człowiek, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Grał u boku światowych sław, a płyt na których gościł jest więcej niż mostów we Wrocławiu, gdzie właśnie niedawno wydał swój nowy album „UP!“ w młodziutkiej wytwórni V Records. Jest to czwarty autorski krążek Marka, wcześniej były to „NAP“ „Wolno“  oraz koncertowa „KonKubiNap“ (jak sam lubi żartobliwie określać : nieformalny związek trzech mężczyzn). Nowa płyta jest trochę inna od poprzednich, to bardziej jazzowe granie w aranżach na jazzband i nonet. Mamy tu zatem do czynienia z materiałem o lekkim zabarwieniu klasycznym. Może fani ostrzejszej gitary, będą kręcić nosem, jednak mam nadzieję, że docenią to bardziej wyrafinowane oblicze Marka.

Jak można się domyślić, w nagraniu uczestniczyła sama śmietanka polskiego jazzu. Ukłon za aranżacje należy się Krzysztofowi Herdzinowi, tu w występującego również w roli pianisty i dyrygenta. Wspaniałe dźwięki basowego klarnetu zawdzięczamy Henrykowi Miśkiewiczowi, na saksofonach tym razem grał Adam Pierończyk, a na kontrabasie nie kto inny jak Piotr Kubiszyn. Za bębnami zasiadł przedstawiciel sceny amerykańskiej sceny, czyli Clarence Penn. To skład jazzbandu, jednak nie można nie wspomnieć o zespole klasycznym, gdzie pojawiły się flet, obój, klarnety, wiolonczela, puzon, waltornia i fagot. Jak widać ta płyta to zasługa wielu osób, co z resztą słychać – Marek zerwał z konwencją zespół i solista, to jazzowy i klasyczny band tworzą esenscje płyty jako całości. Nie mamy tu też zlepku pojedynczych utworów, a kompozycje wzajemnie się dopełniają, dlatego należy trochę przestawić swoją percepcje na szerszy odbiór. W utworach znajdziemy sporo improwizacji, sporo balladowych kawałków, niektóre lekkie jak piórko, a niektóre całkiem wymagające, wszystkie rzecz jasna na światowym poziomie.

Jak widać Marek wciąż szuka, nie stoi w miejscu, wspina się coraz wyżej. Muzycy, z którymi miał okazję w ciągu swojej kariery współpracować, należą do światów niekiedy bardzo odległych, co tylko dowodzi, jak szeroki jest wachlarz możliwości naszego gitarzysty. Za ten album na prawdę muszę przybić mu wysoka piątkę. Kolana się uginają, a kciuki idą w górę...po prostu : thumbs UP!  


Muzycy:

Jazz Band:
Marek Napiórkowski - gitary elektryczne i akustyczne
Krzysztof Herdzin - fortepian
Clarence Penn - perkusja, instrumenty perkusyjne
Adam Pierończyk - saksofon tenorowy i sopranowy
Henryk Miśkiewicz - klarnet basowy
Robert Kubiszyn - kontrabas
Muzycy klasyczni:
Anna Włodarska-Szetela - flet
Sebastian Aleksandrowicz - obój
Adrian Janda - klarnet
Arkadiusz Adamski - klarnet
Artur Kasperek - fagot
Tomasz Bińkowski - waltornia
Dariusz Plichta - puzon
Tomasz Błaszczak - wiolonczela

Henryk Miśkiewicz - klarnet basowy

wtorek, 26 listopada 2013

Wszystko, co dobre szybko się kończy.

Czasami, kiedy przychodzi pisać o tak wielkich osobistościach jak Charles Lloyd, to aż drżą ręce. W jaki sposób przekazać wrażenia z koncertu, po którym brakuje słów? Niezwykle to trudne zadanie, szczególnie, że emocje po takich wieczorach szybko nie opadają. Finał jubileuszowej dziesiątej edycji Jazztopadu to było niewątpliwie wydarzenie przez wielkie W.


To, co jest wyróżnikiem festiwalu, to utwory pisane specjalnie na tę okazję. Większość artystów zawsze przywozi ze sobą premierowe kompozycje, jednak, gdy przychodzi o spełnienie takiej prośby przez wielką gwiazdę, to może być problematyczne. Sam Lloyd był zdziwiony, że dał się namówić na napisanie suity, bo jak mówi, normalnie nie robi takich rzeczy. Tym bardziej uczyniło to wczorajszy koncert unikatowym. Jazztopad znany jest również, ze swojej otwartości na różne strony świata. Premiera „Wild Man Dance Suite” okraszona była bałkańskimi wpływami, gdyż wśród standardowych instrumentów w sekstecie Lloyda znalazła się np. lira, którą oczarowywał słuchaczy, pochodzący z Grecji Socratis Sinopoulos. Na cymbałach dawał popisy Węgier Miklós Lukács, również sięgający w swej muzyce do tradycji bałkańskich. Ci dwaj artyści stanowili niezwykle ciekawą ramę do obrazu malowanego przez Lloyda, przy pomocy rzecz jasna saksofonu oraz fletu poprzecznego i klarnetu podczas bisu. Czasami mistrz sięgał po marakasy, czy grzechotki, by wraz z perkusistą Geraldem Cleaverem szeleścić gdzieś z głębi. Moje serce zdobył niezwykle utalentowany pianista, kolejny Gerald w zespole, tym razem Clayton. Człowiek o stu wyrazach twarzy, który świetnie potrafi wyczuć nastrój utworu i dostosować się do niego, ale także daje się ponieść improwizacji – całym sobą. Basowe pochody kontrabasu zawdzięczaliśmy Joe Sandersowi, współpracującemu zresztą z Claytonem w trio. Wszyscy muzycy zagrali po prostu bezbłędnie i wydawało się, że każdy dźwięk, jaki wydobywają ze swoich instrumentów jest mocny, czysty i nieprzypadkowy. Koncert nie był przegadany, wrażenia dozowane były w odpowiednich proporcjach. Każdy miał czas na swoje solówki, ale chyba najbardziej wbiła się w pamięć ta, kiedy Lukács i Clayton improwizowali wspólnie. Dodatkową atrakcją były tańce Lloyda, jego charakterystyczne gwałtowne ruchy, albo pojedyncze dźwięki czy słowa, które wykrzykiwał. To są między innymi właśnie te smaczki, które na długo zapadają w pamięć.

Po takim koncercie z pewnością trzeba odetchnąć i jeszcze kilka dni, czy nawet tygodni go przeżywać. W tym czasie chyba lepiej odpuścić sobie na chwile inne wydarzenia, aby smak po wczorajszej uczcie pozostał jak najdłużej, gdyż to był jazz na najwyższym poziomie. Lloyd chyba polubił Wrocław, bo trzy lata temu również pozdrawiał publiczność ze sceny Filharmonii Wrocławskiej, zatem miejmy nadzieję, że szybko do nas wróci i jak to ma w zwyczaju, wbije wszystkich w fotel. 

niedziela, 24 listopada 2013

Między tym co łatwe i tym co trudne - Quasimode i Michiyo Yagi Trio Deluxe.

Nieprawdopodobne zestawienie zespołów zostało nam zaserwonane podczas sobotniego koncertu na Jazztopadzie. Z jednej strony usłyszeliśmy mainstreamowych Quasimode, grających jazz prawie, że taneczny, z drugiej strony zaś niezwykle awangardową Michiyo Yagi w trio.  Efekt ten, został osiagnięty z pełną premedytacją, po to by ukazać jak bardzo bogata jest japońska scena jazzowa i jak różne może przybierać formy.  Może nie tylko po to?

Quasimode to kwartet prezentujący bardzo podobną muzykę, do może bardziej znanych rodaków z Soil & Pimp Session. Jest to muzyka lekka, łatwa i przyjemna i w Japonii niezwykle popularna, o czym świadczą listy bestselleów na których znajdują się ich płyty. Na wczorajszym koncercie dołaczyli do kwartetu nasi dwaj rodacy : Jakub Skowroński na saksofonie oraz Maurycy Wójciński na trąbce. Wszyscy zagrali bardzo energetycznie, intensywnie i chciałoby się rzec „z przytupem“. Myślę, że był to miły akcent podczas festiwalu, bo przecież każdy lubi czasem w domu po kryjomu posłuchać czegoś prostego, nad czym nie trzeba się wysilać. Quasimode nie robi rzeczy intrygujących, czy wymagających jakiejś głębeszej analizy, co ma swoją niewątpliwą wartość. To jest trochę tak, jak w przypadku niektórych hitów, które nucimy pod nosem, znamy tekst na pamięć, ale nie chcemy się do tego przyznać.  Zdecydowanie można ten koncert określić jako po prostu fajny. To słowo jest chyba najbardziej adekwatne.

Michiyo Yagi i jej trio przenieśli publikę w zupełnie inne rejony Japonii – te trudniejsze do przebrnięcia, bardziej wyboiste i nieprzewidywalne. Głównym wątkiem w całym wydarzeniu było koto – instrument, na którym technike gry Michiyo doprowadziła do perfekcji. Sama artystka raczej zostawia tradycję za sobą, mimo to niemożiwym jest oderwać się od niej zupełnie.  Jest to trudny instrument, który dyktuje warunki i pewnych problemów nie da się uniknąć. Pewnie dlatego świat koto jest dość konserwatywny i zamknięty na zmiany. Dobranie tria do tego - mimo wszystko jednak prymitywnego - instrumentu było niezwykle trudnym zadaniem i aby osiągnąć odpowiedni efekt musiała znaleźć „specjalnych“ artystów. W skład zespołu weszli muzycy, z których każdy współpracował już z Michiyo, jednak trio jako całość miało swój debiut tego wieczora. W ten sposób za bębnami zasiadł Tatsuya Yoshida, a na gitarze grał Tsuneo Imahori. Specjalnie na tę okazję artystka zaaranżowała Kołysankę Rosemary na 21-strunowe koto i tą kompozycją rozpoczęła koncert. Potem sięgnęła do repertuaru Johna Coltrane’a, i jego „Seraphic Light“ i „Leo“. Progresywnego rocka poczuć można było przy dwóch utworach autorstwa samej Michiyo, w których wydobyła głębię z 17-strunowego koto basowego. Jak większość klasycznych kompozycji,napisane zostały w rubato, czyli chwiejnym tempie dźwięków dowolnie skracanych i wydłużanych. Jak sama mówi – ani gitara ani koto nie miały tu jednej określonej roli.  Na bis zagrała już samotnie rozszerzając wachlarz dźwięków o śpiew. Potwierdziło to jedynie zastrzeżenia wielu osob, co do zdominowania koncertu poprzez zbyt głośną perkusję, z czym muszę się niestety zgodzić.

Tak kontrastowe zestawienie repertuaru, budzi kontrowersje i może wprawiać w zdumienie.  Może to zderzenie dwóch zupełnie innych światów miało na celu nie tylko ukazanie szerokich horyzontów muzycznch Japonii, lecz także skłonić do dyskusji na temat tego, jakie są nasze muzyczne preferencje? Szkoda tylko, że w takich sytuacjach często rozsądza się koncert na zasadzie „pierwsza część nie, druga tak“ i na odwrót, bo przecież trudno traktować je osobno. Ja mimo wszystko w obu przypadkach jestem na tak, jednak nie na jednej scenie, jednego dnia.




niedziela, 17 listopada 2013

Jazztopad : Muzyka rytuałów, czyli Tony Malaby & Polish Cello Quartet.


„Od zawsze fascynowały mnie rytuały związane z mszą świętą, jako młody chłopak uwielbiałem wsłuchiwać się w głosy kobiet, które odmawiały różańce na pogrzebach. Kiedy wśród tych czterdziestu głosów próbowałem odszukać głos mojej matki, wpadałem w trans. To coś, co chcę wnieść z tej tradycji do swojej muzyki ”

Tak Tony Malaby opowiadał o swoich inspiracjach przed wczorajszym koncertem. Towarzyszył mu Christopher Hoffman – współpracujący z nim wiolonczelista i kompozytor. Tego wieczora obaj występowali wraz z Polish Cello Quartet’em podczas pierwszej części, oraz Johnem Hollenbeckiem i Danem Peckiem w drugiej.

Na początku usłyszeliśmy kompozycję „Spirit Suspensions” na pięć wiolonczel, autorstwa Hoffmana, podzieloną na pięć części. Każda z nich miała odnosić się do tytułowych zawieszeń ducha. Potraktował tutaj muzykę jak rytuał, czyli - jak sam podkreśla- coś mniej złożonego i bardziej uniwersalnego. Faktycznie można było odnaleźć przekaz Hoffmana w jego kompozycji. Każdy najmniejszy ruch miał tutaj swoje znaczenie, choćby miało to być najdelikatniejsze i ledwo słyszalne muśnięcie smyczkiem czy solidne uderzenie w pudło resonansowe. W kolejnym utworze, kwartetowi towarzyszył Malaby na klarnecie i saksofonie. Chociaż w tej sytuacji właściwie należałoby unikać określania czegokolwiek do końca. Tutaj, instrument dęty zamieniał się miejscami ze strunowym i na odwrót, role nie miały znaczenia. Słychać było wyraźne odejście od schematu. Dźwięki, jakie wydobywał Malaby miały więcej wspólnego ze światem naturalnym niż filharmonią. Muzyka absolutnie niepodlegająca żadnym kategoriom, jednak mimo to czytelna. Nasz kwartet miał trudne zadanie, bowiem muzycy wywodzą się z klasycznej tradycji i publicznie nigdy nie improwizowali. Jednak jak się okazuje, umysły ich są otwarte, a brak jazzowego bagażu jest tylko zaletą. Odpowiedni balans między improwizacją a klasyką został osiągnięty i należą się za to gratulacje zarówno mentorom, jak i członkom kwartetu, czyli Adamowi Krzeszowcowi, Wojciechowi Fudali ,Tomaszowi Darochowi oraz Krzysztofowi Karpecie .

Druga część koncertu należała do Tony Malaby TubaCello Quartet. Na scenie pojawił się obstawiony sprzętem Hollenbeck, Grający na tubie Dan Peck, mniej formalnie ubrany Hoffman i oczywiście Malaby. Cały koncert był zagrany bez przerwy, jakby jeden ponad godzinny utwór. Być może możliwości percepcji muzyki przez publikę zostały w znacznym stopniu wyeksploatowane, być może nie, jednak mam wrażenie, że trudniej odbierało się ten występ. Zdecydowanie bardziej głośny i intensywny w stosunku do pierwszej części, jednak nadal utrzymany w konwencji rytuałów oraz eksploracji dźwięków. Wyróżniał się na pewno Hollenbeck, grający na perkusji, cymbałach, klawiszach i wszelkiego rodzaju „przeszkadzajkach”, jednak nie da się ukryć, że wszyscy zagrali awangardowo i zdumiewająco. Nie wiadomo czy to jeszcze jazz czy już nie, ale przecież muzyka jest nieograniczona, a zdążyliśmy się przyzwyczaić, że Jazztopad lubi serwować takie „smaczki”. Myślę, że koncert trafiony, szczególnie dla wytrawnych fanów niekonwencjonalnych brzmień.


Całość została zarejestrowana dla programu drugiego polskiego radia, zatem jeśli ktoś nie był, a chciałby posłuchać, lub był i ma ochotę jeszcze raz przenieść się na chwilę do świata rytuałów, serdecznie zapraszam.