wtorek, 26 listopada 2013

Wszystko, co dobre szybko się kończy.

Czasami, kiedy przychodzi pisać o tak wielkich osobistościach jak Charles Lloyd, to aż drżą ręce. W jaki sposób przekazać wrażenia z koncertu, po którym brakuje słów? Niezwykle to trudne zadanie, szczególnie, że emocje po takich wieczorach szybko nie opadają. Finał jubileuszowej dziesiątej edycji Jazztopadu to było niewątpliwie wydarzenie przez wielkie W.


To, co jest wyróżnikiem festiwalu, to utwory pisane specjalnie na tę okazję. Większość artystów zawsze przywozi ze sobą premierowe kompozycje, jednak, gdy przychodzi o spełnienie takiej prośby przez wielką gwiazdę, to może być problematyczne. Sam Lloyd był zdziwiony, że dał się namówić na napisanie suity, bo jak mówi, normalnie nie robi takich rzeczy. Tym bardziej uczyniło to wczorajszy koncert unikatowym. Jazztopad znany jest również, ze swojej otwartości na różne strony świata. Premiera „Wild Man Dance Suite” okraszona była bałkańskimi wpływami, gdyż wśród standardowych instrumentów w sekstecie Lloyda znalazła się np. lira, którą oczarowywał słuchaczy, pochodzący z Grecji Socratis Sinopoulos. Na cymbałach dawał popisy Węgier Miklós Lukács, również sięgający w swej muzyce do tradycji bałkańskich. Ci dwaj artyści stanowili niezwykle ciekawą ramę do obrazu malowanego przez Lloyda, przy pomocy rzecz jasna saksofonu oraz fletu poprzecznego i klarnetu podczas bisu. Czasami mistrz sięgał po marakasy, czy grzechotki, by wraz z perkusistą Geraldem Cleaverem szeleścić gdzieś z głębi. Moje serce zdobył niezwykle utalentowany pianista, kolejny Gerald w zespole, tym razem Clayton. Człowiek o stu wyrazach twarzy, który świetnie potrafi wyczuć nastrój utworu i dostosować się do niego, ale także daje się ponieść improwizacji – całym sobą. Basowe pochody kontrabasu zawdzięczaliśmy Joe Sandersowi, współpracującemu zresztą z Claytonem w trio. Wszyscy muzycy zagrali po prostu bezbłędnie i wydawało się, że każdy dźwięk, jaki wydobywają ze swoich instrumentów jest mocny, czysty i nieprzypadkowy. Koncert nie był przegadany, wrażenia dozowane były w odpowiednich proporcjach. Każdy miał czas na swoje solówki, ale chyba najbardziej wbiła się w pamięć ta, kiedy Lukács i Clayton improwizowali wspólnie. Dodatkową atrakcją były tańce Lloyda, jego charakterystyczne gwałtowne ruchy, albo pojedyncze dźwięki czy słowa, które wykrzykiwał. To są między innymi właśnie te smaczki, które na długo zapadają w pamięć.

Po takim koncercie z pewnością trzeba odetchnąć i jeszcze kilka dni, czy nawet tygodni go przeżywać. W tym czasie chyba lepiej odpuścić sobie na chwile inne wydarzenia, aby smak po wczorajszej uczcie pozostał jak najdłużej, gdyż to był jazz na najwyższym poziomie. Lloyd chyba polubił Wrocław, bo trzy lata temu również pozdrawiał publiczność ze sceny Filharmonii Wrocławskiej, zatem miejmy nadzieję, że szybko do nas wróci i jak to ma w zwyczaju, wbije wszystkich w fotel. 

niedziela, 24 listopada 2013

Między tym co łatwe i tym co trudne - Quasimode i Michiyo Yagi Trio Deluxe.

Nieprawdopodobne zestawienie zespołów zostało nam zaserwonane podczas sobotniego koncertu na Jazztopadzie. Z jednej strony usłyszeliśmy mainstreamowych Quasimode, grających jazz prawie, że taneczny, z drugiej strony zaś niezwykle awangardową Michiyo Yagi w trio.  Efekt ten, został osiagnięty z pełną premedytacją, po to by ukazać jak bardzo bogata jest japońska scena jazzowa i jak różne może przybierać formy.  Może nie tylko po to?

Quasimode to kwartet prezentujący bardzo podobną muzykę, do może bardziej znanych rodaków z Soil & Pimp Session. Jest to muzyka lekka, łatwa i przyjemna i w Japonii niezwykle popularna, o czym świadczą listy bestselleów na których znajdują się ich płyty. Na wczorajszym koncercie dołaczyli do kwartetu nasi dwaj rodacy : Jakub Skowroński na saksofonie oraz Maurycy Wójciński na trąbce. Wszyscy zagrali bardzo energetycznie, intensywnie i chciałoby się rzec „z przytupem“. Myślę, że był to miły akcent podczas festiwalu, bo przecież każdy lubi czasem w domu po kryjomu posłuchać czegoś prostego, nad czym nie trzeba się wysilać. Quasimode nie robi rzeczy intrygujących, czy wymagających jakiejś głębeszej analizy, co ma swoją niewątpliwą wartość. To jest trochę tak, jak w przypadku niektórych hitów, które nucimy pod nosem, znamy tekst na pamięć, ale nie chcemy się do tego przyznać.  Zdecydowanie można ten koncert określić jako po prostu fajny. To słowo jest chyba najbardziej adekwatne.

Michiyo Yagi i jej trio przenieśli publikę w zupełnie inne rejony Japonii – te trudniejsze do przebrnięcia, bardziej wyboiste i nieprzewidywalne. Głównym wątkiem w całym wydarzeniu było koto – instrument, na którym technike gry Michiyo doprowadziła do perfekcji. Sama artystka raczej zostawia tradycję za sobą, mimo to niemożiwym jest oderwać się od niej zupełnie.  Jest to trudny instrument, który dyktuje warunki i pewnych problemów nie da się uniknąć. Pewnie dlatego świat koto jest dość konserwatywny i zamknięty na zmiany. Dobranie tria do tego - mimo wszystko jednak prymitywnego - instrumentu było niezwykle trudnym zadaniem i aby osiągnąć odpowiedni efekt musiała znaleźć „specjalnych“ artystów. W skład zespołu weszli muzycy, z których każdy współpracował już z Michiyo, jednak trio jako całość miało swój debiut tego wieczora. W ten sposób za bębnami zasiadł Tatsuya Yoshida, a na gitarze grał Tsuneo Imahori. Specjalnie na tę okazję artystka zaaranżowała Kołysankę Rosemary na 21-strunowe koto i tą kompozycją rozpoczęła koncert. Potem sięgnęła do repertuaru Johna Coltrane’a, i jego „Seraphic Light“ i „Leo“. Progresywnego rocka poczuć można było przy dwóch utworach autorstwa samej Michiyo, w których wydobyła głębię z 17-strunowego koto basowego. Jak większość klasycznych kompozycji,napisane zostały w rubato, czyli chwiejnym tempie dźwięków dowolnie skracanych i wydłużanych. Jak sama mówi – ani gitara ani koto nie miały tu jednej określonej roli.  Na bis zagrała już samotnie rozszerzając wachlarz dźwięków o śpiew. Potwierdziło to jedynie zastrzeżenia wielu osob, co do zdominowania koncertu poprzez zbyt głośną perkusję, z czym muszę się niestety zgodzić.

Tak kontrastowe zestawienie repertuaru, budzi kontrowersje i może wprawiać w zdumienie.  Może to zderzenie dwóch zupełnie innych światów miało na celu nie tylko ukazanie szerokich horyzontów muzycznch Japonii, lecz także skłonić do dyskusji na temat tego, jakie są nasze muzyczne preferencje? Szkoda tylko, że w takich sytuacjach często rozsądza się koncert na zasadzie „pierwsza część nie, druga tak“ i na odwrót, bo przecież trudno traktować je osobno. Ja mimo wszystko w obu przypadkach jestem na tak, jednak nie na jednej scenie, jednego dnia.




niedziela, 17 listopada 2013

Jazztopad : Muzyka rytuałów, czyli Tony Malaby & Polish Cello Quartet.


„Od zawsze fascynowały mnie rytuały związane z mszą świętą, jako młody chłopak uwielbiałem wsłuchiwać się w głosy kobiet, które odmawiały różańce na pogrzebach. Kiedy wśród tych czterdziestu głosów próbowałem odszukać głos mojej matki, wpadałem w trans. To coś, co chcę wnieść z tej tradycji do swojej muzyki ”

Tak Tony Malaby opowiadał o swoich inspiracjach przed wczorajszym koncertem. Towarzyszył mu Christopher Hoffman – współpracujący z nim wiolonczelista i kompozytor. Tego wieczora obaj występowali wraz z Polish Cello Quartet’em podczas pierwszej części, oraz Johnem Hollenbeckiem i Danem Peckiem w drugiej.

Na początku usłyszeliśmy kompozycję „Spirit Suspensions” na pięć wiolonczel, autorstwa Hoffmana, podzieloną na pięć części. Każda z nich miała odnosić się do tytułowych zawieszeń ducha. Potraktował tutaj muzykę jak rytuał, czyli - jak sam podkreśla- coś mniej złożonego i bardziej uniwersalnego. Faktycznie można było odnaleźć przekaz Hoffmana w jego kompozycji. Każdy najmniejszy ruch miał tutaj swoje znaczenie, choćby miało to być najdelikatniejsze i ledwo słyszalne muśnięcie smyczkiem czy solidne uderzenie w pudło resonansowe. W kolejnym utworze, kwartetowi towarzyszył Malaby na klarnecie i saksofonie. Chociaż w tej sytuacji właściwie należałoby unikać określania czegokolwiek do końca. Tutaj, instrument dęty zamieniał się miejscami ze strunowym i na odwrót, role nie miały znaczenia. Słychać było wyraźne odejście od schematu. Dźwięki, jakie wydobywał Malaby miały więcej wspólnego ze światem naturalnym niż filharmonią. Muzyka absolutnie niepodlegająca żadnym kategoriom, jednak mimo to czytelna. Nasz kwartet miał trudne zadanie, bowiem muzycy wywodzą się z klasycznej tradycji i publicznie nigdy nie improwizowali. Jednak jak się okazuje, umysły ich są otwarte, a brak jazzowego bagażu jest tylko zaletą. Odpowiedni balans między improwizacją a klasyką został osiągnięty i należą się za to gratulacje zarówno mentorom, jak i członkom kwartetu, czyli Adamowi Krzeszowcowi, Wojciechowi Fudali ,Tomaszowi Darochowi oraz Krzysztofowi Karpecie .

Druga część koncertu należała do Tony Malaby TubaCello Quartet. Na scenie pojawił się obstawiony sprzętem Hollenbeck, Grający na tubie Dan Peck, mniej formalnie ubrany Hoffman i oczywiście Malaby. Cały koncert był zagrany bez przerwy, jakby jeden ponad godzinny utwór. Być może możliwości percepcji muzyki przez publikę zostały w znacznym stopniu wyeksploatowane, być może nie, jednak mam wrażenie, że trudniej odbierało się ten występ. Zdecydowanie bardziej głośny i intensywny w stosunku do pierwszej części, jednak nadal utrzymany w konwencji rytuałów oraz eksploracji dźwięków. Wyróżniał się na pewno Hollenbeck, grający na perkusji, cymbałach, klawiszach i wszelkiego rodzaju „przeszkadzajkach”, jednak nie da się ukryć, że wszyscy zagrali awangardowo i zdumiewająco. Nie wiadomo czy to jeszcze jazz czy już nie, ale przecież muzyka jest nieograniczona, a zdążyliśmy się przyzwyczaić, że Jazztopad lubi serwować takie „smaczki”. Myślę, że koncert trafiony, szczególnie dla wytrawnych fanów niekonwencjonalnych brzmień.


Całość została zarejestrowana dla programu drugiego polskiego radia, zatem jeśli ktoś nie był, a chciałby posłuchać, lub był i ma ochotę jeszcze raz przenieść się na chwilę do świata rytuałów, serdecznie zapraszam. 

niedziela, 28 kwietnia 2013

Benoit Delbecq and Fred Hersch double trio – Fun House



Wytwórnia: Songlines
Data Wydania : 12.03.2013
Muzycy : fortepiany – Benoit Delbecq, Fred Hersch, kontrabasy : Jean Jacques Avenel, Mark Helias, perkusja : Gerry Hemingway, perkusja i elektornika :Steve Argüelles
Ocena : 5


Co się stanie, kiedy w jednym miejscu spotka się amerykańska tradycja i europejska awangarda? Na pewno coś piekielnie dobrego. A co jeśli będą to dwaj świetni pianiści, z czego pierwszy nosi nazwisko Hersch a drugi Delbecq? Chyba nie trzeba się nad tym długo zastanawiać. Ale to nie koniec, ponieważ projektowi towarzyszy jeszcze jeden bardzo istotny aspekt – sześcioosobowy skład, jednak nie sekstet, a podwójne trio, czyli forma należąca raczej do rzadkości. Mamy wszystko, czego trzeba do szczęścia – dobrych artystów, niebanalną formę i nowoczesny jazz.

Obydwaj pianiści, zanim podjęli decyzję o współpracy odkrywali wzajemnie swoją muzykę, zaś sam pomysł stworzenia duetu zrodził się w głowie Herscha , będącego –jak sam wspomina – oczarowanego przez Pursuit. Idea zaszczepiona została już pięć lat temu, kiedy to Delbecq dawał koncert w trio z Johnem Herbertem w Nowym Jorku, a wśród słuchaczy znalazł się nie kto inny jak właśnie Fred Hersch.
Oczywiście mogli zagrać w duecie, jednak chęć zrobienia czegoś bardziej ekstrawaganckiego przeważyła. W ten sposób francuz zaprosił do współpracy swoich wieloletnich kompanów : Avenela i  Argüellesa. Amerykanin postawił na Heliasa i Hemingwaya, z którymi również dużo go łączy. Wszyscy stworzyli świetnie rozumiejącą się grupę, wykorzystującą wszystkie możliwości, jakie dała im taka konfiguracja już od pierwszych prób. Zarówno partie, w których słyszymy np. same fortepiany, czy jedynie kontrabasy, jak i momenty pełnego instrumentarium są zawsze potraktowane z dużą wolnością. Perkusja nie jest tu bardzo nachalna, można by ją nawet potraktować, jako złota rama tego abstrakcyjnego obrazu. Brzmi to, trzeba przyznać, mistrzowsko, kiedy konceptualny umysł eksperymentatora Delbecqa łączy się z wirtuozerią i absolutnie piękną grą Herscha.
Jeśli chodzi o kompozycje, to akurat francuz jest autorem większości z nich ( dokładnie osiem i pół) Wśród tytułów znajdziemy chociażby Le Rayon Vert, który skojarzą miłośnicy Juliusza Verna, albo kinomani śledzący twórczość Erica Rohmera. Zielony promień ( znany jako Lato w Ameryce Północnej”) to film, w którym ponoć większość dialogów była improwizowana, a wszyscy przecież wiemy jak nierozerwalnym elementem jazzu jest ona właśnie. Kolejne francuskie konotacje to utwór o nazwie skradzionej miejscu, gdzie stoi jeden z najbardziej charakterystycznych budynków modernizmu- kaplica Notre Dame du Haut w Ronchamp, zaprojektowana przez rzecz jasna Le Corbusiera. Słowo modernizm można z powodzeniem dołączyć do zestawu haseł określających twórczość Delbecqa. Nie zabrakło i amerykańskich inspiracji, czego dowodem jest kompozycja Lonely Woman, utwór zamykający, który u Ornetta Colemanna był otwierającym płytę The Shape of Jazz to Come. Pozostając już do końca w tematyce kształtów i form, śmiało można stwierdzić, że sama płyta Fun House jest niezwykle przestrzenna, a to jak tę przestrzeń wykorzystują muzycy tworzy miejsce bardzo tajemnicze. Na pewno warto je odkryć, gdyż każdy znajdzie w nim własną część do interpretacji.

piątek, 19 kwietnia 2013

Mostly Other People Do The Killing – Slippery Rock


Wytwórnia : Hot Cup
Data Wydania : 22.01.2013
Muzycy: Moppa Elliot - bass, Peter Evans-trąbki, Jon Irabagon - saksofony, Kevin Shea- perkusja
Ocena: 4



Pamiętam jak dziś ich koncert na WSJD w 2007 ,grali wtedy po kosmicznym i lirycznym Portico Quartet. Roznieśli Salę Kongresową na kawałki, a kolega obok stwierdził, że był to bardzo, bardzo pozytywny gwałt uszu. Nie wiem dokładnie, co wtedy myślałam, bo w głowie miałam tylko obraz miotającego się przy perkusji Kevina Shea. W każdym razie od tamtej pory powzięłam wszelkie kroki, by nie tracić MOPDTK z oczu...

Kto zna tę grupę, wie, że ich muzyka mimo swej nieposkromionej dzikości, intensywności i pędu, ma w sobie także sporo dowcipu. Ich podejście widać z resztą po tym jak koncertują i miotają żartami, przelatującymi koło ucha ze świstem trąbek i saksofonów. Ich niezwykle świeże poczucie humoru przekłada się na muzykę w sposób wcale inteligentny. Tym razem za motyw przewodni wzięli smooth jazz, ze wszystkimi swymi banałami, które wybrednych fanów jazzu przyprawiają o zgrozę i wykrzywiają twarz w grymasie. Przedziwne to uczucie, kiedy się słucha w ich wykonaniu kawałków z melodyjnymi motywami, rodem z  „The Best of Smooth Jazz vol. 68”. Na szczęście to, co dzieje się z nimi potem, sprawia, że po chwili czujemy się jak w domu. Pojawiają się utęsknione improwizacje, dekonstruktywizm i ogólnopojęta masakra.
 Już sama okładka Slippery Rock, przedstawiająca Evansa, Elliota, Shea i Irabagona w jaskrawych garniturach nadawałaby się na Awkward Band And Musician Photos w swej sugestywnej tandecie lat 70tych. Kontrast barw to chyba pierwszy znak, że będziemy mieli do czynienia z ostrymi zestawieniami muzycznymi. Tak jak poprzednie albumy i ten otwiera znajoma perkusja Kevina, zaś Evans i Irabagon anonsują nadejście destrukcji, oczywiście jak najbardziej pożądanej. Z każdym kolejnym kawałkiem z banalnej frazy wyrasta barwny i interesujący twór, z charakterystycznymi zmianami tempa, energetycznymi dialogami trąbki i saksofonu i szaloną perkusją Kevina. Jednym słowem cała MOPDTK-owość w swej istocie.

Jak mówi Moppa: „Nie chcieliśmy parodiować konkretnego albumu, więc sparodiowaliśmy całą erę” Ryzykowna konwencja, trzeba przyznać, ale jak już ktoś ma się za coś takiego brać, to zdecydowanie oni. Cały koncept wzięcia pod lupę tego deprecjowanego dziś gatunku i nadania mu nowej jakości,  tworzy Mostly jedną z najciekawszych i nowatorskich formacji, która nie zwalnia tempa.


ps - przyznaję, że za pierwszym razem dość ambiwalentny był mój stosunek do tej płyty. Parę razy trzeba było jej posłuchać, żeby się oswoić, ale może to tylko przez zbyt sztywne podejście do sprawy, bo jak się gustuje w lirycznym i smutnym free, a tu nagle przyjdzie słuchać wesolutkiego Sayre, to może być ciężko. . .

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Satoko Fuji MA-DO "Time Stands Still"



Ocena: 4
Wytwórnia : Not Two
Data wydania: 2013

Data Nagrania: 22.06.2011

Artyści: Satoko Fuji – fortepian, Natsuki Tamura – trąbka, Norikatsu Koreyasu – Kontrabas, Akira Horikoshi - perkusja






Romans wytwórni Marka Winiarskiego Not Two z japońską pianistką Satoko Fuji trwa już 10 lat. W polskiej fonografii to naprawdę ciekawy okaz, o którym przeczytać można chociażby na allaboutjazz.com . Piąty album nagrany z udziałem Satoko nosi nazwę „Time Stands Still” , jest jednocześnie trzecim w kwartecie MADO. Niestety będzie to już ostatni w takim składzie, z powodu śmierci kontrabasisty Norikatsu Koreyasu. W nagraniu uczestniczył także mąż Satoko: Natsuki Tamura, towarzyszący jej od lat grając na trąbce, a na perkusji Akira Horikoshi.

Artystka otrzymuje świetne recenzje i jest uznawana od lat za pierwszą damę japońskiego jazzu. Przedstawicielka awangardowego free, która potrafi grać zarówno delikatnie, zostawiając miejsce dla swoich solistów, jak i wybuchnąć niczym wulkan by z dzikością uderzać w klawisze. Fuji nie idzie na żadne kompromisy czy ustępstwa, robi swoje i robi to bardzo dobrze. Wyciska z muzyki esencję, jak gdyby ściskała w ręku cytrynę, być może nieco zbyt kwaśną dla mniej wytrzymałych amatorów. Płyta „Time Stands Still” faktycznie jest tego dowodem. Utwory potrafią zatrzymać się na chwilę z tempem i otworzyć szerokie możliwości do interpretacji, a jednocześnie przyspieszyć do prędkości światła. Ten kontrast spokoju i szaleństwa jest po prostu niesamowity. Płytę należy raczej traktować raczej jako całość niż poszczególne kompozycje, gdyż te wzajemnie się dopełniają. Słyszane oddzielnie mogłyby być trudne do skojarzenia w ramach jednego projektu.
Jak mówi sama artystka: „na świecie jest dużo ciekawej muzyki”…tylko nie każdy chce ją wydawać, bojąc się o ewentualny brak zysku. Chwała Markowi Winiarskiemu za podejście, jakie prezentuje, wydając muzykę, która mu się po prostu podoba, bez względu czy na niej straci czy zyska. Co się na pewno opłaca to konsekwencja w działaniu dająca takie efekty jak na przykład ta płyta. Fanów awangardy i lubiących także głośne granie zapraszam do posłuchania.

Jazz nad Odrą : dzień ostatni.


Czterdziesty dziewiąty Jazz nad Odrą dobiegł końca. Ostatnie sześć dni po brzegi wypełnione było muzyką niezwykle różnorodną, a tegoroczny program postawił wysoko poprzeczkę następnej, jubileuszowej edycji. Każdy znalazł coś dla siebie – jazz widowiskowy, jazz sentymentalny, czasem broadwayowski, a czasem słowiańsko liryczny, zarówno zabarwiony na czarno r’n’b i soulem, jak i aranżowany na orkiestrę. Szeroka gama artystów podczas gali zamknięcia również potwierdziła jak wiele twarzy ma jazz.

Zbigniew Czwojda – trębacz, dyrektor Wrocławskiej szkoły jazzu- dyrygował Big Festival Bandem, istniejącym już od kilkunastu lat. BFB towarzyszy festiwalowi, zapraszając zawsze świetnych solistów. Nie dziwne, że bilety zostały na długo przed galą wyprzedane, gdyż rzadko nadarza się okazja na zgromadzenie w jednym miejscu samych wielkich nazwisk. Na chwilę przeniosłam się w czasie, słuchając standardów takich jak Georgia On My Mind, My Funny Valentine, czy Man, Where Can You Be Billy Holiday, i to w tak profesjonalnie wykonanych aranżacjach. Jak zwykle olśniewająca Aga Zaryan zaśpiewała je bezbłędnie, i równie bezbłędnie wyglądała w swej połyskującej sukni. Poza standarami amerykańskimi w rozpisce pojawiła się Kołysanka Rosemary,co ciekawe - po polsku. Chyba wszyscy przyznają, że to najbardziej znanej na świecie kompozycja Krzysztofa Komedy. Piękny głos, nieprzekombinowane i czysto wykonane utwory, klasa i styl – na Agę po prostu zawsze można liczyć. Jej występ podobał mi się zdecydowanie najbardziej.
 Grający razem z ojcem, a po jego śmierci, już jako lider Old Timersów Robert Majewski grał tego wieczora na flugelhornie "My one and only love", a zaraz po nim Henryk Miśkiewicz, popisywał się intensywnymi solówkami. Leszek Możdżer – ulubieniec wrocławian - rozgrzany po wczorajszym graniu z zespołem Cassandry Wilson, dziś również zabawiał publikę. Może i zarzuca mu się czasem kupowanie sobie względów efektami, ale przecież zakończenie festiwalu trudno sobie wyobrazić bez takich fajerwerków. Na koniec gali zaprezentował się, oszczędnie jak to ma w zwyczaju, Michał Urbaniak. Jak wiemy co za dużo to niezdrowo, więc można na to przymknąć oko. .
W rolę konferansjera wcielił się Jerzy Skoczylas z kabaretu Elita, więc nudą  nie wiało. Dyskretne uśmiechy, wzajemne spojrzenia, gdy coś poszło nie tak, tylko dodawały uroku. Było galowo i z pompą, jak to na zakończenie przystało. Trudno jest naprawdę jakoś ocenić ten ostatni już koncert festiwalu, gdyż po tylu wrażeniach z minionych dni, każdy, nawet największy meloman może być już nieco wypłukany z emocji. Myślę, że był to dobry moment, aby w fajnej atmosferze rozstać się i wrócić do szarej rzeczywistości.
Trzeba przyznać, że był to bardzo udany festiwal i nie możemy się wszyscy doczekać, co nam zaserwują organizatorzy za rok. Prawdziwe święto jazzu odbywa się już blisko przez pół wieku, zatem okazja do celebracji niemała. Przed JnO stoi duże wyzwanie w doborze artystów, bo jak uczy doświadczenie, nie zawsze te najbardziej znane nazwiska są gwarancją sukcesu. Trzymamy kciuki i szykujemy się pomału do kolejnej edycji, a po drodze przecież WSJD, Jazztopad, jesień w Krakowie, Zadymka i cały wachlarz różnych wydarzeń, na których na pewno warto być. Ja jak na razie, polecam chwilę odpocząć i posłuchać dobrych płyt w domowym zaciszu.