wtorek, 8 kwietnia 2014

Muzyka do własnego życia - rozmowa z Kubą Płużkiem


Mówi się, że jest nadzieją polskiego jazzu. Sam mówi mało, więcej gra, jednak jego muzyka mówi o nim dużo. Ze studiów został zwolniony, prawdziwą szkołę dali mu Janusz Muniak i Arek Skolik. To oni pokazali mu o co w jazzie chodzi. Po pięciu nagranych do tej pory płytach w różnych składach, przyszła pora na autorski debiutancki krążek, zatytułowany po prostu First Album. Kuba Płużek, bo to o nim mowa, ze znaną sobie wylewnością, w zaciszach krakowskiego Piec’Artu , opowiedział mi trochę o płycie i nie tylko.


Milena Fabicka: Może zaczniemy od początku? Jak wyglądała twoja muzyczna edukacja. Z tego co mi wiadomo miałeś z tym przygody.

Kuba Płużek: Jestem zwolennikiem tego co mówi Janusz Muniak: „Jak nie umiesz, to się naucz”. Czy to samemu, czy z pomocą instytucji, które bardzo lubią wystawiać oceny. Do podstawówki chodziłem niemuzycznej. Pierwsza oficjalna instytucja, która mnie uczył
a, to było ognisko muzyczne. Potem zdałem do gimnazjum na klarnet, nie wiedzieć czemu. 

M.F.: Skąd się w ogóle wziął ten klarnet?

K.P.: Ja nie wiedziałem wtedy czego jeszcze chce. Byłem młody, głupi, nierozgarnięty. Rodzice wymyślili, żeby zdawać do „Chopina” na ten klarnet, no i zdałem. Oficjalnie to był główny instrument, ale nieoficjalnie fortepian był na pierwszym miejscu. Doszedłem do trzeciej gimnazjum, pokłóciłem się z panią od historii muzyki, matematyki i czegoś jeszcze. Strasznie te szkoły niewspierające są... Poznałem za to świetnego gościa, który mnie uczył grać na fortepianie. Nazywa się Bartłomiej Mełges. Pokazał co to znaczy czuć 
to coś w palcach, ten touch … No i skończyłem liceum, dyplomu nie dostałem bo się obrazili na mnie na egzaminie. Do Krakowa nie zdałem na studia bo uznali mnie za „niedojrzałego psychicznie”.

M.F.: Na jakiej podstawie?

K.P.: Zapytali mnie „Dlaczego Pan chce studiować na naszej Akademii?” Powiedziałem, że wokół są  Planty i dobrze się tu czuję w okolicy krakowskiego rynku, zamiast „wiem, że w waszej akademii będę mógł zdobyć solidną wiedzę, wykształcenie i rozwinąć się. Zdałem do Katowic na fortepian.

M.F.: Tylko do tych dwóch miejsc składałeś dokumenty?

K.P.: Tylko do tych dwóch. Ale Katowic nie skończyłem, bo tym razem pan od filozofii się na mnie obraził. Na egzaminie poprawkowym, zapytałem go, dlaczego trzeba zdać filozofię, aby dostać dyplom Akademii Muzycznej. Trochę jak w tym rysunku Raczkowskiego, na którym widać nauczyciela pytającego klasę, czy filozofia jest potrzebna i jeden z uczniów odpowiada „nie wiem”. Pani od integracji sztuk też się obraziła i stwierdziła, że swoją pracą domową obrażam akademię. Miało to być coś, co by integrowało trzy różne dziedziny sztuki. Kompletnie nie wiem o co jej chodziło, bo wziąłem wtedy obraz przedstawiający trzy klarnety stojące pionowo, wyglądające jak kraty więzienne i dorysowałem głośniki, z których leciał „Jailhouse Rock” z dopiskiem „Tu byłem – Elvis”. Zwolnili mnie bo przenosiłem te przedmioty na następny rok nie płacąc za nie. 
Poza tym zawsze bardzo mnie zniechęcało granie egzaminów, bo gdzie tu muzyka, skoro młodszy muzyk gra dla starszych muzyków, którzy potem wystawiają mu za to ocenę. To chyba najgorszy sposób grania muzyki, podobnie jest z konkursami. To tak, jakbyś wiedziała, że z twoim chłopakiem ma dojść – jak to panowie ładnie mawiają – do aktu sakramentalnego, a ktoś by to obserwował i miał po wszystkim wystawić ci za to ocenę. Gdzie tu miejsce na przyjemność?

M.F.: Czyli do Twojego grania nikt nie miał większych zastrzeżeń?

K.P.: Z perkusji dodatkowej miałem 5, z fortepianu miałem 4, ale jeśli chodzi o edukację, to najwięcej mi dał Muniak. Granie z Muniakiem, przebywanie z Muniakiem, gadanie z Muniakiem. Jak miał
em 18 lat, to pierwszy raz z nim grałem. Przypadkowo. Jakiś gitarzysta uciekł z koncertu... No wiesz, tak naprawdę żadna instytucja, żadna akademia, nie nauczy cię tego, czego się nauczysz grając na żywo. Tak samo Kubica nie nauczy się rajdów jeżdżąc w grze komputerowej.

M.F.: Czy można zatem powiedzieć, że szkoły mają za zadanie wykształcić „maszyny do grania”?

K.P.: Może maszyny to nie, ale szkoły mają jakiś określony program, który muszą zrealizować i nie przykładają za bardzo wagi do tego, żeby wykrzesać z kogoś osobowość czy kreatywność. To musisz po prostu wyjąć z życia, zagłębić się w siebie. To czego uczą jest przydatne warsztatowo. Skale warto znać. 

M.F.: Poza Januszem Muniakiem, czy ktoś jeszcze jakoś na ciebie wpłynął?

K.P.:  Wiesz, wpływ na mnie ma wszystko z czym się stykam. Nie chodzi tylko o muzykę. Bardzo mnie inspirują ludzie, którzy coś zdziałali w życiu. Na przykład wspomniany Kubica, którego podejście do tego co robi jest oszałamiające. Ledwo przeżył wypadek trzy lata temu, a teraz jeździ na najwyższym poziomie w nowej kategorii. Ludzie, którzy siedzą w rajdach 20 lat są w szoku, co ten człowiek robi.
Wszystko, w czym potrafię dostrzec coś co mnie ciekawi, to mnie wzbogaca i potem przepływa przez paluchy na klawiaturę. Książki, filmy…

M.F.: Jakieś konkretne?

K.P.: Co do książek to na przykład takie tytuły, jak Bogaty ojciec-biedny ojciec. Bóg urojony, Sztuka pierdzenia czy Steve Jobs – sekrety innowacji albo Whiskey – Leksykon Smakosza. To się oczywiście zmienia, ale znalazłem np. taką listę najbardziej porąbanych filmów na świecie. Lubię chodzić do teatru. Ostatnio byłem  na Małych zbrodniach małżeńskich, bardzo przyjemny spektakl. Znalazłem też fajne materiały na Discovery o Richardzie Bransonie z Virgin, który teraz robi loty w kosmos. Świetny koleś. Strasznie mnie to napędza, że robi co mu wpadnie do głowy.

M.F.: Pytanie tylko jak on to robi. Może po prostu nie boi się ryzyka?

K.P.: Czytałem ostatnio o sprawach porażek i znowu na myśl przychodzi mi Kubica, który jest pod tym względem niezniszczalny. On jest moją największą pozamuzyczną inspiracją. Sam zresztą lubię chodzić na gokarty, a kiedyś może wystartuje nawet w jakimś rajdzie.
Widziałem też taki fajny wykres, jaka jest droga do sukcesu. Najpierw nie robisz nic, potem są porażki, a na końcu sukces. Porażki po prostu muszą być, bo z nich wyciąga się najważniejsze lekcje. Dochodzenie do czegoś, to było cały czas grzebanie w tym, co zrobiłem źle i znajdowanie w tym perełek.
M.F.: Tobie akurat przyszło do głowy nagranie płyty. Opowiedz trochę o niej. Co zadecydowało o takim składzie i takich konfiguracjach?

K.P.: Jeśli chodzi o kwartet, to ta formuła jest bardzo klasyczna i najwygodniejsza dla mnie. A dlaczego z takimi ludźmi? Słuchaj, w tym zespole jest jak w dobrym związku, jest świetna chemia, porozumienie, reakcje molekularne… To są ludzie, z którymi wiem, że mogę zrobić świetne rzeczy. Zarówno na scenie, jak i poza nią. Zawsze będzie ciekawie, cokolwiek byśmy nie robili. To jest trochę tak, jak z dziewczyną. Kiedy jest miłość
, to można robić szczere, wielkie rzeczy. Nie mógłbym grać z kimś za kim nie przepadam. To będzie słychać.

M.F.: Niektórzy twierdzą, że profesjonalista potrafi zagrać z każdym, albo umie pójść na pewne ustępstwa. Co o tym sądzisz?

K.P.: Ja nie jestem profesjonalistą. Nie mam dyplomu (śmiech...). Jeśliby się np. zdarzyło, że na jakimś kawałku mi zależy, a wydawca chce go z płyty usunąć, to bym obstawał przy swoim, bo tym samym chciałby usunąć jakąś historię z mojego życia. Jednak jeśli dwie strony dojdą do porozumienia, to jest to w porządku. Mój wydawca, Adam Domagał
a chciał, żeby zmienić kolejność i żeby „Ciążownik” był pierwszy, no i jest. Miałem ustaloną wcześniej kolejność, ale jakoś bardzo się przy niej nie upierałem... 

M.F.: No właśnie, płytę wydałeś 
w V Records. Twój album jest trzecim jak do tej pory wydanym przez tę wytwórnię. Dlaczego akurat ją wybrałeś?

K.P.: Słyszałem, że się bardzo przykładają. Adam kocha muzykę. W ogóle jest zdolnym gościem, potrafi załatwić wiele rzeczy i bardzo mu jestem za to wdzięczny. Nie traktuje go jako menedżera, ale jak wspominał nie wyklucza tego. Kto wie, może kiedyś coś...

M.F.: Gdzie nagrywaliście materiał?

K.P.: W Warszawie, na sali koncertowej uniwersytetu. Nagrywaliśmy „na setkę”. Mniej więcej od dwunastej w nocy do piątej nad ranem. 

M.F.: Przeżywasz swój 
First Album? Opowiadałeś, że wszystkie te utwory wiążą się z twoimi życiowymi historiami.

K.P.: Będę przeżywał jak będą koncerty, ale oczywiście cieszę się, że się
udało. A z historiami to już pal licho. Utwory to jest właśnie to, co ja widzę wokół. Są dokładnie tak wymowne i absurdalne jak to co się wyrabia na tym dziwnym świecie. Jest trochę tak, jakbym pisał muzykę do swojego własnego życia, co jest prostsze od napisania muzyki do filmu, bo nikt się nie wpierdziela, że tam jest coś źle napisane czy niewłaściwie dodane. Co najwyżej krytycy mogą wyrazić swoje niezadowolenie i dać jedną gwiazdkę, co też będzie mi się kojarzyło ze szkołą. 
Jest w tej muzyce trochę bólu. „Ciążownik” na przykład jest bolesny, bo to ciężki okres. W „Lunzyferionie” słychać 
boogie. Grałem boogie od kiedy pokazał mi je wujek jak byłem mały. Co z tego, że grało się je 100 lat temu, skoro jest w tym wielki fun. Nie widzę przeszkód, żeby to przemycać do muzyki współczesnej. W ogóle „Lunzyferion” miał nie tyle nawet oddawać charakter Lunzów tylko ogólnie to, co się działo u Muniaka. Zresztą nadal się dzieje. I będzie się działo, na pewno dopóki Muniak tam będzie. Każdy utwór to po prostu jakieś zdarzenie. Smutne albo wesołe. 

M.F.: Na płycie słychać charakterystyczne atonalne granie Marka Pospieszalskiego, to wyszło „w praniu”, czy miałeś coś takiego w głowie gdy komponowałeś?

K.P.: Wiedziałem jak będzie z Markiem, grałem z nim pare razy i wiem jaki z niego jest „gagatek”. Nigdy natomiast nie zastanawiałem się nad tym, czy on gra dobrze, czy źle. Tak naprawdę nie ma czegoś takiego jak granie dobrze czy źle. Są 
niby poziomy – ktoś może grać na wysokim lub niskim poziomie, ale chodzi o to żeby grać siebie, grać prawdę, nie ściemniać. Jak ktoś ściemnia w graniu, to też ściemnia w życiu. A Marek… ciężko powiedzieć, on jest w ogóle gdzieś indziej z muzyką, ale tego właśnie chciałem. Wiedziałem, że jak zagra coś, to będzie ciekawie. Jestem bardzo zadowolony.

M.F.: Nie da się ukryć, że wyszło to bardzo dobrze. Zbierasz dobre recenzje, nawet od tych bardziej surowych krytyków. Zdarzyło ci się usłyszeć coś zaskakującego na swój temat?
K.P.: Nigdy mnie nikt jakoś strasznie nie opierdolił, ale cenie sobie opinie tak samo dobre, jak i złe. Ważne żeby te złe były konstruktywne. Co do dobrych, to raz jeden koleś podszedł do mnie i powiedział, że chodzi na różne koncerty jazzowe i musi sobie zajarać, żeby było fajnie i żeby miał dobry odbiór, a przy mnie nie musiał 
nic palić. To jeden z największych komplementów jakie dostałem. Naprawdę.

M.F.: Ile twarzy ma Kuba Płużek? Poruszasz się tak naprawdę po wielu gatunkach, nawet disco-polo. Jest coś co ci sprawia największą przyjemność?

K.P.: Kurde, mam jedną i w Batmanie na pewno nie mógłbym grać dwóch twarzy. Co do disco-polo, to KUBEX na razie muszę zawiesić, bo wychodzi płyta, więc nie wiem czy będę miał czas na takie zabawy. (śmiech...) A największą przyjemność sprawia mi, jak się dobrze gra. Nie ma znaczenia, czy to jest free-jazz, klasyka, standardy, dubstep, czy psychotrance, moje kompozycje lub cudze. Nieważne. Ja tak nie potrafię rozgraniczać muzyki. Jak jest fajna to jest fajna. Nawet nie nazywam siebie pianistą jazzowym. Nie miałbym nic przeciwko graniu na żywo fajnego techno na imprezie. 

M.F.: A zdarza Ci się być z siebie niezadowolonym?

K.P.: Bardzo często. Nawet na płycie jest parę rzeczy, które bym poprawił, bo kilka razy się tam potknąłem.

M.F.: Z drugiej strony, takie wymuskane granie jest czasami sztuczne. Weźmy za przykład Eldara Djangirova. Ma niesamowitą technikę i gra bezbłędnie, ale w jego graniu jednak brakuje tego czegoś.

K.P.: Strasznie zapierdziela. Gra świetnie, poziom jest bardzo wysoki, ale zgodzę się - wszystko gra tak samo. Jakoś tak zimno. Brakuje mi w nim takiego głębokiego ducha. Wydaje mi się, ze w relacji z kobietami jest  niezbyt gorący (śmiech...) To się bardzo ze sobą wiąże.

M.F.: Na koniec powiedz mi jeszcze jakiego pianistę szczególnie cenisz?

K.P.: Ostatnio sł
ucham dużo różnych rzeczy. Niedawno odkryłem Jona Hopkinsa i album Insides. On akurat  robi elektronikę, ale ogólnie jak znajdę coś, co czuję, że jest mi bliskie to na pewno jakoś na mnie wpłynie i potem słychać to w grze. Każdy człowiek nasiąka takimi rzeczami, które są dla niego fajne i to potem wychodzi. Ja po prostu jestem za tym, żeby robić szczerą muzykę i dzielić się tym dobrem z ludźmi.

M.F.: Myślę, że tym stwierdzeniem możemy zakończyć naszą rozmowę, dzięki!

K.P.: Dzięki!

*Zdjęcia autorstwa Marty-Ignatowicz Sołtys
*Tekst został premierowo opublikowany w JazzPRESS


poniedziałek, 24 lutego 2014

"Breakthrough" - Eldar Djangirov.

Tytuł: Breakthrough
Autor: Eldar Djangirov
Skład:Eldar Djangirov - fortepian
Ludwig Afonso - perkusja
Armando Gola - kontrabas
Gościnnie:
Chris Potter - saksofon
Joe Locke - wibrafon
Wytwórnia: Motema
Data Wydania: kwiecień 2013
Ocena: 3/5

Eldar Djangirov to, chciałoby się rzec, cudowne dziecko jazzu. Ledwo skończył 27 lat, a już siódmy album i nominacje do Grammy na koncie. Urodził się w Kirgistanie, ale muzyką nasiąknął w Ameryce, gdzie przeprowadził się w wieku 10 lat. Powalającej techniki, wszechstronności i dorobku artystycznego może mu pozazdrościć niejeden rówieśnik. W jego utworach na pierwszy plan wychodzi kunszt i niezwykła lekkość z jaką wykonuje trudne muzyczne akrobacje. Czy jest coś czego ten chłopak by nie zagrał?

Słuchając płyty Breakthrough odniosłam jednak wrażenie, że niczym poza techniką mnie ona nie porywa. W zachwyt wprawiają piękne wykonanie i nieskazitelność tego albumu, jednak moim zdaniem przysłaniają one treść. Wierzę, że Djangirov mając takie umiejętności, jest w stanie pokazać odbiorcom jeszcze więcej w swoich kompozycjach. Breakthrough to chyba nie taki przełom , jak to zwiastuje tytuł, chyba, że chodzi o zmianę wytwórni z Sony na Motema Records. Mimo to, nie można Eldarowi zarzucić  zupełnego braku pomysłu na ten album. Pianista lawiruje między standardami takimi jak „Somebody Loves Me” czy „No Moon At All” , a z drugiej strony robi cover kawałka „Morning Bell” grupy Radiohead. Warto podkreślić, że ten 27-latek świetnie czuje się też w klasyce, gdyż równolegle do „Breakthrough” wydał solowy album „Bach/Brahms/Pokovief”. 
 Na płycie Eldarowi  towarzyszą artyści, z którymi wcześniej już współpracował i słychać, że świetnie się rozumieją. Armando Gola na kontrabasie i perkusista Ludwig Afonso obok Djangirova tworzą trzon zespołu, a gościnnie udzielił się Joe Locke na wibrafonie w kawałku „Blink” i Chris Potter na saksofonie w tytułowym utworze.


Jak mówi sam Eldar, jazz jest dla niego bardziej kreatywnym procesem i sposobem ekspresji aniżeli gatunkiem muzyki. Jestem pewna że coraz więcej będzie tej ekspresji  i emocji w jego kompozycjach. Zresztą przed nim jeszcze pewnie długie lata kariery, a ciągu tego czasu  nowe przełomy, nowe składy i nowe pomysły.

Cykady na złomowisku - Frank Rosaly "Cicada Music".


Tytuł: Cicada Music
Autor: Frank Rosaly
Skład:
james falzone – klarnet
jason stein – klarnet basowy
keefe jackson – klarnet kontrabasowy , klarnet basowy, saksofon tenorowy
jason adasiewicz - wibrafon
jason roebke - kontrabas
frank rosaly – perkusja, instrumenty perkusyjne, fortepian, elektronika
Wytwórnia: Delmark
Data wydania: kwiecień 2013
Ocena: 4/5


Frank Rosaly to muzyk, który z niejednego pieca chleb jadł i dobrze znany jest na jazzowej scenie w Chicago. Gra ponoć aż w 26 składach, a Cicada Music jest jego pierwszym albumem, na którym pełni rolę leadera.  Trzeba przyznać, że Rosaly spisał się świetnie w swoim autorskim projekcie i udowodnił, że potrafi pokierować zespołem.

Album zawdzięcza swoje istnienie ścieżce dźwiękowej opracowanej na potrzeby dokumentu pt. „Scrappers”, opowiadającego historie dwóch mieszkających w Chicago mężczyzn, którzy przemierzali miasto w poszukiwaniu złomu. Stąd zapewne na okładce płyty widać coś na kształt złomowiska i barwy rdzy. Zespół z jakim teraz nagrał Cicada Music został uformowany na potrzeby wspomnianego filmu w 2008 roku, a materiał ujrzał światło dzienne w 2010. Od swych muzyków Rosaly potrafi uzyskać ciekawe brzmienie, nie dominując przy tym muzyki swoją grą, czego można się było spodziewać po perkusiście-leaderze. Najwięcej kolorytu nadają materiałowi klarnety i wibrafon, za co odpowiedzialni są Keef Jackson(klarnet, klarnet basowy i saksofon tenorowy), James Falzone(klarnet), Jason Stein(klarnet kontrabasowy) oraz Jason Adasiewicz(wibrafon).  Niskie dźwięki kontrabasu słychać za sprawą Jasona Roebke, zaś  Rosaly poza perkusją i instrumentami perkusyjnymi zajął się jeszcze fortepianem, cymbałami i elektroniką. Samo instrumentarium jak widać jest już niezwykle interesujące, a gdy dodamy do tego luźne szkicowe kompozycje Rosaly’ego z obszerną przestrzenią na improwizacje, to wychodzi z tego mieszanka wybuchowa.  Z jednej strony mamy elektronicznie potraktowany kawałek „Bedbugs”, a z drugiej słyszymy delikatne dzwoneczki w „Adrian”. Tajemniczne i metaliczne „Driven” kontrastuje z organicznym „Yards” podszytym dźwiękami jakby rodem z lasu.

Obok tej muzyki nie sposób przejść obojętnie. Frank Rosaly buduje unikatowy nastrój i tworzy własny świat.  Po niezliczonych projektach w jakich brał udział i po tym, co udało mu się osiągnąć jako debiutujący leader, nie pozostaje nic innego jak czekać na następny jego album.

sobota, 8 lutego 2014

Trio 3 + Jason Moran : "Refraction - Breakin' Glass", czyli Moran i święta Trójca



Tytuł: Refraction - Breakin' Glass
Autor: Trio 3 + Jason Moran
Skład:
Jason Moran - fortepian
Reggie Workman - kontrabas
Andre Cyrille - perkusja
Oliver Lake - saksofon
Wytwórnia: Intakt Records
Data wydania: kwiecień 2013
Ocena: 5/5










Jason Moran silnie kojarzony jest ostatnio z gigantem sceny jazzowej Charlesem Lloydem. Ich wspólna płyta "Hagar’s Song" jest chyba jedną z najlepszych, o ile nie najlepszą wydaną w zeszłym roku.  Jak widać nasz trzydziestoośmioletni "wschodzący talent" świetnie się dogaduje ze starszymi kolegami, a dowodzi tego również bardzo dobry album "Refraction - Breakin' Glass" nagrany razem z Trio 3.  

W skład zespołu wchodzą same jazzowe szychy. Reggie Workman grający na kontrabasie, ma na swoim koncie współpracę z Johnem Coltranem i Artem Blakey'em. Jego korzenie siągają amerykańskiej awangardy i hard bopu.  Perkusista Andrew Cyrille był członkiem zespołu Cecila Taylora, a saksofonista Oliver Lake to współzałożyciel World Saxophone Quartet. Trio 3 istnieje od 1986 roku i już wcześniej dopełniało swoje brzmienie fortepianem. Moran jest trzecim po Rène Schweizer i Geri Allen występującym gościnnie pianistą. Latem 2012 został on zaproszony przez muzyków, aby przez tydzień wspólnie grać w słynnym nowojorskim Birdland, zanim weszli do studia nagraniowego.

Napisaniem kompozycji panowie podzielili się w miarę po równo, co nadaje albumowi ciekawej różnorodności i rozszerza stylistyczne spektrum barw. Miejscami muzyka jest szorstka i groźna,  gdzieniegdzie złamana swingiem i pokrojona solówkami. W otwierającym i tytułowym kawałku zakomponowanym przez Morana usłyszymy głos Olivera Lake’a, który recytuje swój wiersz "Breaking Glass". Podobne Andrew Cyrille rapuje intro do "High Priest" zadedykowanego Davidowi S. Ware, zmarłemu w 2012 roku.
Wszystkie utwory są w pewien sposób połamane, pogniecione i przetworzone przez muzyków, co niekoniecznie musi być męczące, a raczej nadaje płycie spójności. Są to luźne abstrakcyjne formy, które miejscami arytmicznie się rozpadają, by potem powrócić do głównego motywu. Słychać, że jest to wspólny projekt i nikt nie wyróżnia się jako leader.
Moim zdaniem Moran nie jest tutaj wbrew pozorom magicznym brakującym elementem, który swoją innowatorską grą ma nadać nowoczesnego charakteru całemu założeniu. Wszystkie umysły muzyków są otwarte i pełne trafionych pomysłów, ukazujących jak wiele twarzy posiada jazz.

Plotki mówią, że Trio 3 ma na swoim celowniku kolejną gwiazdę fortepianu, Vijay’a Iyer’a, z którym koncertowali w Birdland, podobnie jak w przypadku Morana. Możliwe, że zaowocuje to kolejną ciekawą płytą, na co bardzo liczę.
Jeśli chodzi o Refraction – Breaking Glass to zdecydowanie polecam ten album miłośnikom free.