niedziela, 14 kwietnia 2013

Jazz nad Odrą: dzień piąty


Powili dobijamy do brzegu z festiwalem Jazz nad Odrą. Przepłynęliśmy już przez wiele odmian jazzu podczas tych kilku dni, a program tegorocznej edycji przez wielu jest uznawany za najlepszy od lat. Przyszedł czas na kolejne wielkie nazwisko – Cassandra Willson, z sześcioosobowym zespołem pojawiła się na scenie Impartu. Mimo późnej godziny, wiele osób przyszło także na koncert uznanego za muzyka roku przez naszych czytelników i czytelniczki – Adama Bałdycha. Dużo stracili Ci, którzy nie dotrwali do końca, ale cóż się im dziwić , my - weteranie zakończyliśmy piąty dzień po pierwszej w nocy.

Cassandra Willson to wielka gwiazda, posiadaczka pięknego , przydymionego głosu, prawdziwa dama jazzu. Nie bez trudu ściągnięto ją do Wrocławia , więc to zrozumiałe, że oczekiwania wobec koncertu  były spore. Być może dlatego wiele osób nie było do końca zadowolonych z tego co zaprezentowała sama Cassandra na scenie. Po wczorajszym show jakie dał Elling, faktycznie można było oczekiwać petardy. Moim zdaniem koncert był po prostu kameralny, a atmosfera ciepła. Mnie to pasowało, gdyż szczerze mówiąc bałam się zbyt wielkiego gwiazdorzenia z jej strony, a do wydarzenia podchodziłam sceptycznie. Bez jakiś niesamowitych emocji czy spazmatycznego zachwytu – po prostu było przyjemnie. Artystka weszła na scenę dopiero po dłużej chwili, kiedy zespół rozgrzał publikę. Z początku w okularach, które potem zdjęła, popijając kawę, z wachlarzykiem w dłoni – to pomińmy. Na scenie czuła się świetnie, uśmiechnięta i rozświetlona, mimo problemów akustycznych przez kilka pierwszych piosenek. Podczas Red Guitar z ostatniego wydanego krążka „Another Country” sama wzięła do ręki gitarę (czerwoną z resztą), którą nastroiła i na której zagrała , a wtórował jej Mino Cinelu na instrumentach perkusyjnych, dobrze nam znany z wieloletniej współpracy z Anną Marią Jopek. Jedną z najbarwniejszych postaci na scenie okazał się grający na harmonijce Gregoire Maret – objawienie koncertu. Świetne solo dał w trakcie tytułowego utworu Another Country, nie mówiąc już o bisie. Rok temu wydał pierwszy album jako lider – na pewno warto przesłuchać, po próbce zaprezentowanej podczas koncertu. Poza czerwoną gitarą była jeszcze druga, w rękach Brandona Rossa. Instrumenty miały okazję porozmawiać w trakcie utworu „Blackbird” już z nieco starszej płyty z 2010 roku Silver Pony. Na scenie pojawili się tego wieczoru jeszcze Lonnie Plaxico na kontrabasie,John Davies na perkusji (niewspomniany w rozpisce)
zaś na koniec Johna Cowherda zmienił nie kto inny jak wrocławianin z wyboru – Leszek Możdzer. Zazwyczaj jest tak, że bis to dopełnienie koncertu – jak dla mnie akurat chyba najlepsza jego część...

Adam Bałdych w 2006 roku, na tej samej scenie co tego wieczora, odbierał Grand Prix konkursu festiwalowego JnO. Jak widać jury trafiło w dziesiatkę, bo Adam nabrał rozpędu i robi się o nim coraz głośniej. Szczerze mówiąc, od początku byłam przekonana, że dopiero jego występ powali mnie na kolana – i nie myliłam się. To był finał finałów, aż brakło słów. Niesamowicie cieszy mnie fakt, że młodzi ludzie potrafią TAK grać. Szczerze mówiąc o Cassandrze zapomniałam po kilku pierwszych dźwiękach jakie usłyszałam i nie mówię tu o telefonie, którego fale odbijały się w głośnikach na początku. Wśród artystów znalazł się jeszcze jeden związany z festiwalem – Paweł Dobrowolski, tym razem laureat z 2004, również mocna postać w polskim jazzie. Jeśli chodzi o utalentowanych rodaków na kontrabasie usłyszeliśmy jeszcze Michała Barańskiego. Marius Neset pochodzący z Norwegii wbił mnie w fotel swoją grą na saksofonie, zaś Fin – Liro Rantala przy fortepianie zdziałał cuda. Rozpoczęli napisanym dwa miesiące temu listem : Letter to Esbjorn, dedykowanym oczywiście zmarłemu Svenssonowi. Następnie „The room of Imagination” , „Village Underground” i „Mirrors” zagrane po mistrzowsku do pękniania włókien smyczka, co jest ponoć normą u Adama. Ciekawe co by powiedzieli członkowi Massive Attack, gdyby usłyszeli Teardrop w wykonaniu zespołu, do którego dołączyła Maya Azucena, występująca już tego dnia na JnO. Myślę, że tak jak ja, byliby pod ogromnym wrażeniem tego , ile serca można włożyć w ten utwór i jakie emocje może może on wywołać. Ostatnim utworem ukłonili się artyści w stronę Zbyszka Seiferta, wielkiego skrzypka, którego świat zdecydowanie za wcześnie nam odebrał. Na bis wyszedł już tylko Bałdych, by samotnie zagrać w pizzicato „Imagine” Lennona. Cóż można więcej powiedzieć... Adam - chapeau bas!

sobota, 13 kwietnia 2013

Jazz nad Odrą : dzień czwarty.


Na Jazzie nad Odrą robi się coraz bardziej galowo. Zaczynaliśmy od wyluzowanych chłopaków z eksperymentu Roberta Glaspera, by wczoraj wsłuchiwać się w grę wspaniałego Adama Makowicza oraz wyczekiwanego Kurta Ellinga- bezdyskusyjnie numeru jeden wokalistyki męskiej . Ten ostatni zaskoczył wszystkich do tak zwanego „opadnięcia szczęki”, a dlaczego? Zostawmy ten temat może na koniec...

O Adamie Makowiczu możnaby napisać dziesiątki stron, a streszczać 50cioletnią karierę w kilka zdań jest jak dla mnie trochę żartem. Hasła takie jak „wybitny pianista” czy „wspaniały muzyk” wydają się być przy jego osobie niewystarczające i wypłowiałe. Ten koncert to bez wątpienia było wydarzenie.
Na początku zaprezentował się Big Band Akademii muzycznej pod kierownictwem Aleksandra Mazura, w którego skład weszli studenci i absolwenci uczelni. Jako pierwszy zabrzmiał „Love For Sale” Cole Portera w aranżacji Petera Myersa. Standard jazzowy powstały w 1930 na Broadwayu do musicalu The New Yorkers, jakże skandaliczny wtedy, pownieważ pisany jako spojrzenie na świat okiem prostututki ofiarującej tytułową miłość na sprzedaż. Dziś zdecydowanie nie wzbudzajacy już kontrowersji klasyk grany przez największych. Nie mogło także zabraknąć kompozycji Errolla Garnera, po śmierci którego miał miejsce dedykowany mu koncert w legendarnej Carnegie Hall, gdzie Makowicz zagrał swoje pierwsze w tym miejscu solo. Właśnie podczas „Misty” artysta dołączył do  Big Bandu, z którym zagrał wspólnie jeszcze „How High The Moon” Morgana Lewisa, kolejny standard napisany ponad 70 lat temu również na Broadwayu. Pan Aleksander Mazur, jak my wszysycy, był tak zachwycony grą, że skusił Makowicza na jeszcze 3 utwory wykonane solo, w tym grany już C.Porter , tym razem w Just One of Those things. Na koniec Big Band dołączył do pianisty i wspólnie zakończyli pierwszą część koncertu.
Po przerwie natomiast byliśmy świadkami prawdziwej szkoły nie tylko muzyki ale i logistyki, bo oto na scenie z osiemnastoosobowego zespołu zrobiła się orkiestra symfoniczna, a dyrygował nią Alan Urbanek. Dla młodych muzyków było to z całą pewnością niesamowite doświadczenie, by grać z taką postacią. W końcu to równie ważny aspekt blisko półwiecznego już Jazzu nad Odrą, że daje młodym artystom szansę na takie doświadczenia. Wykonali Preludium nr 7 Chopina oraz Living High On Manhattan autorstwa Makowicza, z płyty nagranej w 2003 – Songs for Manhattan. (Rok później miał miejsce kolejny koncert W Carnegie Hall jako pojedynek na fortepiany legendy jazzu z wschodzącą gwiazdą – Leszkiem Możdżerem) W końcu dotarliśmy do punktu kulminacyjnego. Błękitna Rapsodia,w której zgodę na improwizoną kadencję dostał Makowicz od brata G. Gershwina, to utwór bezlitosny, przez to, że tak znany. Nie ma miejsca na jakiekolwiek błędy, dlatego też orkiestra miała trudne zadanie. Dyskusyjna jest jazzowość rapsodii, sam autor z resztą określał ją jako muzyczny kalejdoskop Ameryki. W każdym razie było i jazzowo i klasycznie, długie owacje nie dziwiły, bis to oczywistość , a nawet był i cis. Potem niewiele czasu zostało na spotkanie z artystą po koncercie, bo oto za chwilę miał zacząć się następny.

Jeśli chodzi o wczorajszy koncert Ellinga, musiałabym chyba napisać dwie odrębne recenzje. Pierwszą, jako  fanka takiej muzyki i drugą, jako osoba nie przepadająca za męskim wokalem jazzowym. Rzecz jasna Elling to postać bez wątpienia wybitna i najlepsza w swym gatunku, zatem jeśli już słuchać to na pewno jego. Kurt ponadto wie jak zachować się na scenie oraz jakiego rodzaju kontakt nawiązywać z publicznością, by wszyscy byli zadowoleni. No i oczywiście przywozi ze sobą świetnych muzyków.Clarck Sommers prowadził na kontrabasie wspaniałą rozmowę z Ellingiem, podczas „The Waking”, na fortepianie grał Laurence Hobgood, gitara oczarowała słuchaczy za sprawą Johna McLeana, zaś świetne solo dał Kendrick Scott za bębnami. Na pewno publiczność była w pełni usatysfakcjonowana z koncertu, jednak ja niestety czułam zażenowanie. Próby śpiewania utworów Anny Marii Jopek po polsku, może i były fajnym pomysłem i miłym akcentem, ale to po prostu brzmiało źle. Niski ukłon w stronę Ellinga, że próbował nauczyć się śpiewu w naszym niezwykle trudnym języku, ale w zupełności wystarczyłoby mi gdyby wykonał je po angielsku –jak mówi przysłowie:  i wilk syty i owca cała. Chociaż nie moge powiedzieć , że nie było to jednocześnie ciekawe i intrygujące zjawisko. Eksperymentował także głosowo:  rozmowy waleni czy aborygeński śpiew, oraz nieodłączny punkt programu czyli wokalizy . Co do repertuaru: rzecz jasna nie mogło zabraknąć takich utworów jak „Come Fly With Me” , „On Broadway” ,”There Was A Boy”,czy ostatnich nowości, czyli „1619 Broadway”, którego tytuł to adres budynku Brill Building a projekt to dedykacja dla artystów, dzięki którym w tym miejscu rodziła się muzyka.

Może moja ocena jest surowa, ale na prawdę ciężko było spojrzeć z dystansem na to wydarzenie, choć na pewno większości się podobało i koncert zaliczyli do jak najbardziej udanych. Ja po prostu wole te mniej wyreżyserowane czy przegadane,podczas których nawet jeśli zaistnieją jakieś błędy, to przynajmniej wiem, że są nieintencjonalne. Dzisiejszy zgrzyt był wynikiem zabiegu wykonanego z premedytacją.

Jazz nad Odrą : dzień trzeci.


                Zarówno piękno i liryka, jak i bebopowa energia wypełniły soczyście trzeci dzień JnO, który był swoistą dedykacją i ukłonem w stronę dwóch artystów. Pierwszy z nich walczy z chorobą  już od ponad półtora roku. Wybitny kontrabasista, którego odwołane w ostatnim roku koncerty, nie o tyle co rozczarowały fanów, a wzbudziły raczej ogromny ładunek empatii i szczerej  nadziei na poprawę jego stanu zdrowia. Z kolei nazwiska drugiego po prostu nie można nie znać, z bardzo prostego powodu: to niewątpliwie największa legenda muzyki jazzowej. Chyba już wiadomo o kim mowa...

Wizytę kwarteru „Tribute to Charlie Haden” zawdzięczamy Darkowi Oleszkiewiczowi, wrocławianionowi, który za każdym razem kiedy odwiedza swe rodzinne miasto, przywozi zachwycające prezenty w postaci znakomitych artystów. Uczeń samego Hadena, znany w stanach pod pseudonimem Oles, i tym razem dobrał mocny skład. Ernie Watts oczarował publikę solówkami  na saksofonie, Billy Childs dawał popis na fortepianie, zaś Harvey Mason, zasiadający za bębnami ,  zrezygnował dla nas z koncertu z Herbiem Hancockiem, mającym odbyć się jutro. Przychodzi na myśl prosta implikacja : skoro każdy z nich gra świetnie, to w zespole robią wrażenie do potęgi czwartej. Niezwykle elegancko i z klasą prezentowali kompozycje dedykowane Charliemu, dobrane ze smakiem i odpowiednio do całej idei projektu. Rozpoczęli ciszą, czyli utworem „Silence” napisanym przez Charliego w latach 70tych i odtwarzanym od tamtej pory na wiele aranżacji. Dwa kolejne wyszły spod pióra Keitha Jarreta: „No lonely night” oraz nietypowo wesoła jak na niego „Bob Be”. Jeśli chodzi o witruozów fortefianu, Billy Childs, mający na swoim koncie ma kilka statuetek Grammy, współpracę z chociażby Hubbardem czy Marsalisem, wykładajacy tak jak Darek na UFC,  również miał swój moment. Podczas „Hope in the face of despair” chciał zapewne podkreślić jak wielką siłą i wolą walki odznacza się Haden. W trakcie koncertu opowiedzianych było sporo również anegdot. Jedna z nich to ta, kiedy mawiał: „Man, You gotta play the Invisible”, czyli utwór autorstwa Colemana. Ornette miał pojawić się we Wrocławiu w listopadzie , niestety również zmagał się z chorobą. Jednak nie ma co się użalać, bo oto kiedy na scenie zabrzmiał ten bardzo trudny harmonicznie kawałek, myślę, że publika była w pełni usatysfakcjonowana. Pozostając przy anegdotach, wspomnę też tę o pewnej kasecie, na której nagranych było ok. 50 nagrań tej samej, bardzo lubianej z resztą przez samego Hadena, ballady „Body and Soul”. Nadszedł wtedy czas dla Oleszkiewicza, kiedy to został na scenie sam ze swoim kontrabasem w długim,  azcetycznym interwale pomiędzy częściami w pełnym kwartecie. Niesamowita chwila, z rodzaju tych, kiedy warto się zatrzymać i pomyśleć. Podomny moment, jak sięgam pamięcią, miał miejsce na koncercie Hali stulecia,gdy wspomniany wcześniej Hencock samotnie grał na fortepianie. Jednak muszę przyznać, że akurat wtedy  ciężko było okiełznać powieki i Herbie lekko przesadził. Tu natomiast było to doskonale wyważone i pełne emocji. W ostatnim kawałku swoje solo dał Mason, uznawany przez Nathana Easta za jednego z najbardziej wpływowych perkusistów. On akurat udzielał sie chyba najmniej jeśli chodzi o solówki, ale wiadomo, ze nie chodzi nigdy o ilość a jakość.  Szkoda, że utwór „First song” zagrany na bis, był rzecz jasna nie pierwszy a ostatni.
               
                Nie na się absolutnie nic zarzucić, jeśli chodzi o koncert „Tribute to Charlie Haden”. Wykwintny jazz na najwyższym poziomie. Niesamowita inicjatywa ze strony kolegów muzyków, której nie można szczędzić pochwał. Mam nadzieje, że Haden już niebawem wydobrzeje na tyle, by stanąc razem z nimi na scenie.





Następny koncert był już zupełnie inny. Miles Smiles wyrwało publiczność z zadumy na rzecz mocnego, głośnego grania. Piękno zastąpione zostało ładunkiem energii przesyłanej poprzez idealnie przystosowany do jej transmitowania nośnik - elektryczny jazz pod wysokim napięciem . Cóż mogę powiedzieć – było fajnie.
Sześciu artystów sprawiło tego wieczoru, żę na twarzach wielu osób pojawił się uśmiech, a nóżka rezonowała z wespół z sekcją rytmiczną, w zupełności intencjonalnie kolokwialnie rzecz ujmując.
Jedną z najsympatyczniejszych osobowości scenicznych, obdarzonych bardzo bogatą i ujmującą mimiką był grający na  basie Alphe Armstrong.Trzeba przyznać, że wraz z perkusiastą zdominowali scenę,choć nie wiem czy z premedytacją. Za bębnami tym razem zamiast Omara Hakima, szalał Alphonse Mauzon, który nie dawał odpocząć ani przez chwilę. Przed koncertem można było go spotkać w hallu sprzedającego płyty. Wtedy wyglądał bardzo niepozornie...Mocno zaznaczył się też Joey de Francesco na organach Hammonda, pamiętany przez publiczność z 46 JnO, kiedy towarzyszył Davidowi Sanbornowi. Na gitarze grał Larry Coryell, zastępujący Derryla Jonesa, zaś jeśli chodzi o saksofon tenorowy -  popisy dawał Rick Margitza. Najmniej natomiast było samego Wallace Roneya, którego obecność w składzie jest zawsze najmocniej podkreślana. Zupełnie szczerze mówiąc - odniosłam wrażenie, że był zmęczony. Będąc przedstawicielką pokolenia, któremu niestety nie było dane pojawić się na żadnych z dwóch koncertów, które Miles dał w Polce w 83 i 88 roku, mimo wszystko na wyczucie moge stwierdzić, że była to raczej jedynie namiastka tego klimatu. Zespół oczywiście słusznie postępuje reinterpretujac kompozycje mistrza i nakreślając jedynie motywy, zamiast w dużym stopniu je otwarzać i tutaj nie ma się co czepiać. Bawiłam się świetnie i niejednokrotnie, aż chciałoby się wyrwać z fotela by poskakać pod sceną. Szkoda, że niestety nie słyszałam jak grali wczoraj chłopaki z We Love Miles, czyli polskiej formacji dedykowanej Trębaczowi, gdyż mogłoby to stanowić ciekawe porównanie i początek ciekawej dyskusji, zapewne zakończonej wnioskiem o niepodwarzalnej świetności Davisa.

czwartek, 21 marca 2013

Eleni Karaindrou - Concert in Athens



Wydawca: ECM
Dystrybutor: Universal
Data wydania: 29.01.2013
Ocena: 4 
Skład: Eleni Karaindrou: fortepian ,Kim Kashkashian: altówka; Jan Garbarek: saksofon tenorowy; Vangelis Christopoulos: obój;; Sergiu Nastasa: skrzypce; Renato Ripo: wiolonczela; Stella Gadedi: flet; Marie-Cécile Boulard: klarnet; Sonia Pisk: fagot; Vangelis Skouras: róg; Socratis Anthis: trąbka; Maria Bildea: harfa; Dinos Hadjiiordanou: akordeon; Aris Dimitriades: mandolina Camerata Friends of Music Orchestra, dyrygent: Alexandros Myrat

Powszechnie wiadomo, że słuchanie muzyki w warunkach domowych a koncertowych to zupełnie dwa różne zjawiska, mimo, że materiał i narzędzie do jego odbioru pozostają stałe. Ile razy zdarza się oceniać skrajnie co usłyszeliśmy, w zależności od choćby samego miejsca. Gdy zmiksujemy te dwa przypadki, otrzymamy nagranie z koncertu, podczas odsłuchu którego będziemy się zazwyczaj: a) wkurzać, ze nas nie było, b) cieszyć, że poszliśmy i dzięki nagraniu wspomnienia zostaną utrwalone. Jeszcze ciekawiej robi się wtedy, gdy na płytowej wersji koncertu odnajdziemy znane motytwy z muzyki do filmu czy teatru. Chyba tym sposobem odkryliśmy przepis na utarcie nosa fizykom i znalezienie się w trzech miejscach jednocześnie.

Jeśli chodzi o koncert w Atenach, na którym w 2010 Eleni Karaindrou prezentowała swoją dotychczasową twórczość, to muszę niestety zaznaczyć w kółeczko literkę a.  Tak to już jest z tą grecką  jednością czasu, miejsca i akcji , że w rzeczywistym świecie obejść owej zasady się nie da.
A szkoda, bo pianistka wraz Janem Garbarkiem, Kim Kashkashian i orkiestrą kameralną na prawdę czarowała publikę. Muzyka pełna nostalgii i tęsknoty otuliła mnie wrażliwością nawet za pośrednictwem laptopa. Co by to dopiero było, gdyby drgania powietrza bezpośrednio docierały do ucha?

Na koncercie, szczęśliwcy usłyszeli 18 utwórów zgrabnie spiętych kompozycyjną klamrą, z różnych okresów twórczości artystki. Skoro na scenie pojawił się Jan Garbarek,  to niektórzy melomani, albo też kinomani, domyślili się, że zabrzmi między innymi soundtrack z filmu The Beekeeper, reżyserii Theo Angelopoulos'a.  Jego fanem jest m.in. sam Eicher, który wydaje już 10tą płytę artystki pod skrzydłami ECMu. Kim Kashkashian udziela się za to, podczas motywów z innego filmu greckiego reżysera : Ulysses’ Gaze. Na płycie znajdziemy również kompozycję to sztuk teatralnych A. Millera i T. Williamsa.  

Mówi się, że muzyka Eleni nie jest tłem, a wyraźnym bohaterem w sentymentalnych dziełach Angelopoulosa. Autorka dźwiękiem maluje scenografie równolegle do akcji, pozostając jednak autonomiczna. Jeszcze wiem czy zgodzić się z tą tezą, ale śmiało mogę wysnuć własną: jej pejzaże są równie piękne i smutne, mimo, że niewidoczne.

środa, 27 lutego 2013

Donny McCaslin "Casting for Gravity", czyli sax, elektro i viscoza


Donny McCaslin-Casting for Gravity
Data wydania: 2.10.2012
Wytwórnia : Greenleaf
Artyści : Donny McCaslin - saksofon tenorowy
keyboard -  Jason Lindner
gitara basowa -Tim Lefebvre
pekusja - Mark Guiliana
Ocena : 4








                Tak, to prawda, że Donny McCaslin poszedł w elektronikę. Krok ku bardziej poliestrowemu materiałowi, jeśli o muzyczne tworzywo chodzi, poczynił on swoim przedostatnim albumem. Najnowszy natomiast, o którym mowa w tytule, to już prawie generator Van de Graffa. Pytanie tylko czy zgromadzony ładunek jest dodatni czy ujemny?
                Moim zdaniem z pewnością na plus. Czasami zarzuca się muzykom zbytnie udziwnianie swej muzyki elektroniką, zatracenie oryginalnego stylu, czy próbę bycia kimś, kim się nie jest. Jeśli chodzi o McCaslina , to wychodzi mu to bardzo naturalnie i wynika z samej fascynacji muzyką Aphex Twina, starego dobrego Weather Report czy nawet Boards of Canada. Jako, że sama jestem fanką artystów, którymi Donny się inspiruje, nie pozostaje mi nic innego jak kiwnąć głową z aprobatą. Jednak włosy nie stanęły mi dęba, płyta po prostu jest ok. Szczególną ciekawostką okazał się kawałek Alpha i Omega, czyli cover wspomnianej już grupy Boards of Canda. Jestem nawet w stanie zaryzykować stwierdzenie, że wersja z saksofonem jest lepsza, bo czystsza, spójniejsza i bardziej elegancka, w związku z użyciem klasycznego instrumentu, a nie jedynie komputera. No i pozbawiona tego drażniącego indyjsko-brzmiącego fletu, który słychać w oryginale. Reszta utworów ma przeważnie odczytywalną kompozycję spokojnego i niepozornego początku przechodzącego  w elektroniczną torpedę, by potem uspokoić się na koniec i powtórzyć motyw z otwarcia. Sam autor mówi, że czasami denerwuje go w muzyce elektronicznej, brak harmonii i melodii. Wyraźnie wprowadza te elementy w swoim materiale i podszywa ambientem lub mocnym udziałem bębnów. Pomagają mu w tym Jason Lindner na klawiszach, Tim Lefebvre na basie i Mark Guiliana na perkusji. Może bez euforycznych zachwytów, ale z uznaniem odnoszę się do tego co nagrał McCaslin i kierunku jaki obrał. Wydaję mi się, ze to człowiek tak zdolny, że żadnych drogowskazów i map mu nie trzeba, bo świetnie orientuje się w terenie, no i najważniejsze - idzie do przodu.

piątek, 18 stycznia 2013

Klasyka najklasyczniejsza


Gidon Kremer: Kremerata Baltica- The Art of Instrumentation: Homage to Glen Gould

Wywórnia: Nonesuch
Data: 25.09.2012
Ocena: 4/5
Artyści:
Gidon Kremer - skrzypce solo, dyrektor artystyczny
Kremerata Baltica





                Gidona Kremera nie trudno jest skojarzyć, gdyż ten niezwykle płodny w albumy skrzypek (wydał ich już ponad 100) aktywnie popularyzuje muzykę klasyczną na współczesnym gruncie. Tym razem przyjrzymy się płycie zadedykowanej Glennowi Gouldowi - wybitnemu kanadyjskiemu kompozytorowi i pianiście. Pomysł powstał przy okazji dziesiątej rocznicy festiwalu Chamber Music Connects w Kronberg w 2010 r. a podsunął go Kremerowi Robert Hurwitz - dyrektor wytwórni Nonesuch Records. Sama płyta  została wydana 25 września 2012, akurat dzień kiedy Glenn obchodziłby swoje 80te urodziny.
                Gould lubował się w Bachu, dlatego cały materiał składa się z inspiracji kompozycjami mistrza, które grywał . Wśród nich znalazły się takie -że pozwolę sobie użyć tego jakże bluźnierczego w stosunku do kultury wysokiej określenia- "hity"  jak Aria z Wariacji Goldbergowskich czy Dobrze Zatemperowany Fortepian. Anrnold Shoenberg również pojawił się w jednym utworze. Cała reszta również pochodzi z grupy dzieł pisanych na klawesyn, do tego jeszcze kilka utworów dedykowanych, a wszystkie wykonane z udziałem orkiestry młodych muzyków z Litwy, Łotwy, Estonii, Ukrainy i Rosji, czyli Kremerata Baltica. Ta zabawa słowem w nazwie pochodzi prawdopodobnie z połączenia nazwiska skrzypka i "cameraty", czyli florenckiej grupy skupiającej humanistów, artystów i intelektualistów. A może "camera:, czyli komnata, jako miejsce gdzie kiedyś grano muzykę kameralną? Trzeba chyba spytać samego artysty, ale myślę, że oba słowa tu pasują.
                Na początku nie bez powodu padło sformułowanie "przyjrzymy", niekoniecznie "ocenimy", gdyż wydaje mi się, że nazwisko Kremer to już jest jakość sama w sobie. To trochę jakbyśmy zobaczyli na ulicy kobietę w szpilkach Laboutina - każdy laik zauważy, że są to piękne i drogie buty. Nawet nie będąc fanem muzyki klasycznej da się wyczuć, że prezentowany poziom jest wysoki, niczym obcas we wspomnianych szpilkach.  Cóż tu dużo mówić, precyzyjnie, delikatnie i wytwornie brzmi to wykonanie, a tym bardziej unikatowo, gdyż dedykacja jest podwójna. Zdecydowanie polecam zarówno miłośnikom jak i laikom.


wtorek, 8 stycznia 2013

Red Trio + Nate Wooley - STEM


Label : Cleen Feed
Gatunek: Free Jazz
Data wydania: luty 2012

Wykonawcy
-Nate Wooley - trąbka
-Rodrigo Pinheiro -fortepian
-Hernani Faustino - kontrabas
-Gabriel Ferrandini - perkusja




Ocena : 4.5 / 5

Z free jazzem jest często tak, że można go kochać lub nienawidzić, a i niektórzy zakochani bywają nim czasem zmęczeni. Płyta STEM wpadła w moje ręce akurat wtedy, kiedy od free wzięłam urlop, jednak okazała się być bardzo miłym zawirowaniem w płynącym leniwie potoczku spokojniejszych nieco nagrań.  Jak to w wakacje przystało, można zaznać  trochę portugalskiego słońca , jak również na przykład zgłębić tajemnice jazzowej sceny Lizbony. Wytwórnia Cleen Feed, około rok temu wydała pod swoim logo  tę niezwykle ciekawą płytę autorstwa RED Trio, które do jej współtworzenia zaprosiło amerykańskiego trębacza : Nate'a Wooley'a. Formacja ma na swoim koncie jak do tej pory 3 płyty, a ostatnia, o której właśnie mowa, to chyba najlepszy ich krążek. Trzeba przyznać, że interesująco się mieszają te portugalskie promyki z nowojorskim powietrzem. Sam Nate pochodzi z Oregonu, jednak dużo ma wspólnego z Brooklinem,a mówi się o nim w środowiskach jazzowych, jako o trębaczu - ikonoklaście, mając raczej na myśli to, jak połamane dźwięki potrafi wydawać, aniżeli jak obrazoburczy stara się być. Sama muzyka na płycie nie jest tak zupełnie nieprzemyślana i nie rozlewa się w jakąś bezkształtną plamę, jak to często sie zdarza przy próbach improwizacji, a wręcz przeciwnie - wydaje się, że to Wooley nadał wszystkiemu jakiś szkielet. Sam z resztą określa tę współpracę, w kontekście improwizacji jako utopijnej praktyki artystycznej,  zbliżającą się jednak do ideału społecznej struktury demokratycznej.Może osobiście nie mieszałabym się w politykę, szczególnie na urlopie, ale Nate chyba najlepiej wie, co mówi. Osobiście płytę określiłabym jako iście sprinterskie kontrapunkty z długimi interwałami, tworzące kościec kompozycji, jednak wszystko to w duchu awangardy lat 60tych.  Może porównanie do, powiedzmy, TWET Tomasza Stańki, nie jest tak do końca trafne, jednak zaufam pierwszemu skojarzeniu i śmiało polecę tę płytę wszystkim fanom freejazzu i nie tylko.