sobota, 24 listopada 2012

Z Donem Byronem rozmawiała...


Milena Fabicka: Znany jesteś z tego, że redefiniujesz przeróżne style. Grałeś jazz, muzykę klasyczną, klezmerską, funky, r&b...Można by długo wymieniać, jednak sam określiłbyś swoją muzykę jako współczesną, czy bardziej wyrastającą z tradycji?

Don Byron: To zależy czym się aktualnie zajmuję. Czasami decyduje się robić rzeczy takimi jakie były od zawsze, czasami w pewnym stopniu je zmieniam, raz dużym, raz małym...Tak na prawdę do końca nawet nie wiem, co może oznaczać słowo "współczesny". Myślę, że w jakiejkolwiek materii zawsze do przyjęcia jest pewna nowoczesna cząstka, którą ludzie zwykle wykorzystują aby imitować wrażenie bycia na bieżąco. To nie jest wcale bardziej współczesne niż coś starego, ale może jest bardziej oryginalne. Czasami gram to co sam napiszę, a czasami to, co napisali inni ludzie. W tym drugim przypadku, wykonuje utwory tak, jak zwykle były wykonywane albo na odwrót . Generalnie zależy to od materiału nad jakim pracuję.

MF: Zadałam to pytanie, bo wydaję mi się, ze instrument na którym głównie grasz, jest przez ludzi  utożsamiany z raczej operą.

DB: Masz rację, tak  było przez długi czas.

MF: Nie uważasz, że klarnet przez lata deprecjonowano? Był czas, kiedy raczej nie był zbytnio obecny w muzyce.

DB: Myślę, że wiąże się to z erą swingu. Klarnet raczej nie był używany przez czarnych muzyków, a i czarna publiczność nie byłą nim zbytnio zainteresowana. Kiedy sam zacząłem przygodę z jazzem, chciałem grać na tym instrumencie w bardziej funkowy i współczesny sposób niż przyszło mi słuchać. Chciałem, aby czarni muzycy myśleli o nim w taki sposób, jak myślą czarni muzycy. Z pewnością nie w sposób akademicki. Wiesz, ja po prostu nie do końca wierzę w to, że w czasach hard bopu było wielu dobrych klarnecistów. W erze Coltrane'a nie ma klarnetowego odpowiednika Freddiego Hubbarda czy Wayne'a Shortera.

MF: A czy teraz jest równie trudno o dobrego klarnecistę?

DB: Myślę, że na pewno jest kilku więcej niż ja <śmiech>. Bardzo lubię Anata Cohena, z młodszych artystów Todda Marcusa na klarnecie bassowym...jest pełna garść ludzi obecnie na scenie. Joe Howell też jest dobrym klarnecistą, a kiedy mówię "dobry klarnecista" mam na myśli kogoś kto zarówno ma pomysły, jak i dobrze brzmi. Możesz mieć mnóstwo pomysłów na to jak grać, ale czy fizycznie potrafisz dobrze grać? To w rzeczywistości znaczy tyle, że musisz przejść przez dużą ilość ćwiczeń, a potem obrać kierunek im przeciwny, bo od kogokolwiek mógłbyś uczyć się klarnetu, prawdopodobnie nie znosi jazzu. Powiedzą Ci, że jazz zrujnuje Twój dźwięk, że to zupełne przeciwieństwo do muzyki klasycznej. Zawsze było w przekonaniu coś takiego, że kiedy grałeś jazz Twoje brzmienie było złe, fizycznie płaskie.

MF: Kiedy Ty się uczyłeś, miałeś okazję pracować z wieloma nauczycielami, których sam mogłeś sobie wybrać, może to też wpłynęło na Twoją wszechstronność?

Wiesz, ja wtedy patrzyłem na klarnet bardziej jako na instrument światowy i  równocześnie niezbyt powszechny, jednak wiem z własnego doświadczenia, że było sporo artystów np. ze wschodu,z Indii, którzy bardzo dobrze grali. Mój ojciec, na przykład, grał w Callypso Group prowadzonym przez klarnecistę. Ten koleś był niesamowity! Jeden z najlepszych improwizatorów na klarnecie jakich słyszałem. On szczególnie wpłynął na moje myślenie. Mogłeś być liderem zespołu i najmocniejszym improwizatorem w tym zespole grając na klarnecie. Ten człowiek był kulą armatnią,  był on i cała reszta. Ale jeśli spojrzysz na tradycję klarnetu w Kolumbii, Brazylii, wschodniej i zachodniej Europie...to są tradycje ludowe. W ten sposób klarnet jest na wiele sposobów znacznie bardziej międzynarodowym instrumentem niż saksofon albo trąbka. To właśnie klarnet, akordeon i organy są niemal wszechobecne, możesz je znaleźć w każdej tradycji. Kiedy byłem w New England Conservatory, wydział, na którym się uczyłem był bardziej elastyczny niż inne. Były i wydziały zajmujące się tylko muzyką klasyczną albo tylko jazzem. My skupialiśmy się na trochę innych rzeczach.

MF: Ty również uczysz, masz jakiś szczególny program? Co chcesz przekazać swoim studentom?

DB: Na co mam nadzieje to, żeby studenci umieli czytać nuty, mieli na tyle dobre ucho żeby móc samodzielnie transkrybować , żeby c o ś  słyszeli. Na poziomie teoretycznym staram się skupiać na muzycę w aspekcie czasu w jakim powstała, szczególnie na erze, kiedy zaczęto nagrywać.
Nie zajmuję się za bardzo wiekiem XVIII-ym , ale po Tomaszu Edisonie, to co działo się w muzyce miało wsporo wspólnego z technologią , grupami etnicznymi, wpływem radia, filmu i telewizji.  Z pewnością taka muzyka jak country, bez radia nie rozwinęłaby się w ogóle, nie mielibyśmy Carter Family czy Hanka Williamsa.
 Wiesz, mam słabość do takich rzeczy jak wpływ wodewili i minstreli (pol. rybałtów) , które były na prawdę bardzo istotne w historii amerykańskiej muzyki. Wcześni śpiewacy country, Jimmie Rogers na przykład, Hank Williams, Lester Young i cała jego rodzina to było minstrel show, sama ta gałąź jest ogromna. Naśladowanie kultury czarnych było, w pewnym sensie, wspólnym mianownikiem wielkich gwiazd jazzu i niektórych białych przedstawicieli country. Natomiast wodewil, to przecież przodek telewizji! Cała ta oryginalna różnorodność powstała dzięki wpływom etnicznym. To jest właśnie to, co stanowi dla mnie największą wartość.
Kiedy myślę o muzycę, myślę o tym jak pod tym etnicznym kątem rozwijały się różne wytwórnie. Weźmy na przykład Columbię, Motown Records w NY... dużo rzeczy działo się wtedy w Ameryce i  musiało mieć to związek z nagrywaniem, to nie są abstrakcyjno-artystyczne wynalazki skierowane do wąskiej grupy odbiorców.
Na pewno uczę też trochę harmonii z teorii Georga Russella i wszystkich rzeczy, których sam nauczyłem się przez lata, łącze to wszystko.

MF: Więc ogólnie rzecz biorąc każdy musi przejść przez klasykę?

DB: Chyba każdy powinien być w stanie czytać nuty, grać na instrumencie i stroić go. To często trudne, by spotkać nauczyciela, który nauczy Cię  tego wszystkiego, wiedząc, że jesteś zainteresowany innymi rzeczami. Ja nie jestem zainteresowany uczeniem kogoś jak czytać, myślę, że w muzyce dzieje się na tyle dużo, że  przechodzenie przez dyscyplinę muzyki klasycznej weźmie na głowę ktoś inny niż ja.  To całkiem istotne, bo rzecz jasna są problemy z którymi musisz się fizycznie zmierzyć podczas grania na instrumencie. Musisz mieć do tego rękę, zanim zaczniesz myśleć co chcesz grać i improwizować. Wszyscy muszą przez to przebrnąć , ale nie wszyscy tak na prawdę to zrobili. Znam mnóstwo trębaczy, którzy nigdy się nie uczyli, ale grali świetnie , niektóre instrumenty się bez tego obejdą . Myślę że na klarnecie, flecie, wiolonczeli i niektórych innych jest zdecydowanie trudniej iść naprzód , dojść do wysokiego poziomu bez potrenowania klasyki.

MF: Jasne. Odejdźmy jednak od tematu edukacji. Masz na koncie bardzo wiele kolaboracji. Kiedy współpracujesz z innymi artystami,nie czujesz się czasami ograniczony, w takim sensie, że musisz grać to czego się od Ciebie oczekuje?

DB: Staram się być bardzo elastyczny, nigdy nie staram sie czegoś udowadniać na bazie czyjejś muzyki. Grałem z wieloma muzykami, którzy mieli bardzo różne cele. Współpracowałem  ze świetnymi gitarzystami, weźmy np. Marka Ribota, Brandona Rossa, Billa Frisella, wszyscy oni mieli różny styl, a ja po prostu starałem się wpasować w ich sposób myślenia. Jestem w stanie to robić, ponieważ wiem, że kiedy ja sam robię muzykę dostaję to czego chcę, wiem jak ją napisać, wiem jak powiedzieć ludziom żeby ją grali. Powzięte są wszystkie kroki, aby sprawnie się komunikować. Nie jestem sfrustrowany sytuacją, kiedy muszę komuś dyktować czego chcę, staram się brać przykład z muzyków uniwersalnych. Taki chcę być.

MF: A Twoja publiczność, uważasz, że jest tak samo wszechstronna  jak Ty, czy raczej podzielona na części, gdzie jedni upodobali sobie taką wersje Byrona, drudzy inną?

DB: Myślę, że faktycznie jest taki typ ludzi którzy słuchają np. tylko muzyki klezmerskiej i dla nich "czarna" muzyka nie istnieje. Dla nich, to co stworzyłem to tylko Mickey Katz i "Bug Music", jedynie to mogą znieść. Z pewnością nie słuchaliby Steve'a Colemana czy Tima Byrne'a, więc tym samym nie słuchaliby muzyki, która została skomponowana. Nie zastanawialiby się nad nią w taki czy inny sposób, po prostu nie porwałaby ich. Jednak myślę, że jest grupa osób, która chce zobaczyć jaki będzie mój następny krok i jest zainteresowana mną, a nie tylko gatunkiem, czy rodzajem muzyki. Co do całej sprawy z graniem muzyki klezmerskiej, to nie byłem na tyle zaabsorbowany samą kompozycją, co innymi rzeczami. To była muzyka tradycyjna i grałem ją taka jaka jest.
To nie do końca jest punkt widzenia, to nie tak, że przez daną soczewką w dany sposób patrzy się na różne rzeczy. Jak dla mnie tą soczewką nie jest nawet jazz czy muzyka klasyczna, co może bardziej myśl o harmonii. To nie tak, że patrzę na rodzaj muzyki, jest wiele aspektów i staram się patrzeć raczej PRZEZ nie, nie NA nie.

MF: Wspomniałeś o Billu, byłeś na jego wczorajszym koncercie?

DB : Niestety nie udało nam się dotrzeć.

MF : Ale na pewno wiesz, że był to koncert muzyki na żywo do filmu "Wielka Powódź"

DB: Tak, tak, oczywiście.

MF: Ty też robiłeś muzykę do filmu, jak oceniasz tego rodzaju pracę?

DB : Wiesz, studiowałem dużo muzyki filmowej, to po prostu obranie innego sposobu myślenia. Studiowałem Henriego Mancini'ego, Morricone, Bernarda Herrmanna, uczyłem się ich tak samo, jak całej reszty innych rzeczy. Zrobiłem ostatnio sporo dokumentów, pracowałem nad materiałem o New York Shakespear Festival, o Susan Sontag, o człowieku, który adoptował dzieci innej rasy... to było bardzo interesujące, wymagało innego typu muzyki. Wiesz, musisz sam siebie na nowo odkryć. To jedna z moich mocnych stron jako muzyka, na prawdę nie przeszkadza mi składanie kompletnie różnych fragmentów, na kompletnie różne sposoby. Każdy dobry kompozytor filmowy miał swój styl, ale w tym stwierdzeniu zawiera sie też to, że każdy z nich był elastyczny.
Jeden z moich ulubionych filmów, do których Mancini robił muzykę to Hatari, akcja dzieje się w Afryce. Akurat w tym przypadku napisał po prostu coś tragicznego , mam na myśli super tragicznego. Nuta latino, nuta grozy, trochę rock'n'rolla , muzyka na orkiestrę ...to wszystko jest po prostu okropne ...on na prawdę musiał być bardzo bezinteresowny, aby napisać coś takiego. Kiedy sam masz pewną rzecz do opracowania, a robisz głównie  to samo, ludzie chcą CIEBIE , w czym wcale nie ma nic złego. Kiedy myślisz o Ornecie, nie myślisz o nim w taki sposób , aby zmienił się, by robić coś pod Twój film , po prostu chcesz jego. To też jest pewien sposób ekspresji  i myślę że jest również  bardzo wartościowy i interesujący.
Jednak to nie mój sposób, mój jest bardziej jak kameleon.

MF : A propos kolaboracji, pamiętam, jak w zeszłym roku rozmawiałam z Urim Cainem, z którym też często nagrywałeś. Ty też, tak jak on bazujesz na różnych wykonawcach, dużo Twoich albumów to dedykacje. Kiedy je tworzysz pracujesz bardziej na zasadzie co Ci przyjdzie do głowy czy raczej zachowawczo...?

DB : Kiedy robiłem muzykę innych artystów musiałem z góry zadecydować czy będzie ona dosłowna czy zinterpretowana. W stopniu interpretacji też oczywiście mogą być różne skale, albo bardzo , albo bardzo mało przekształcony materiał. Kiedy robiłem muzykę Mickey Katza, dużo krytyków muzycznych nie wiedziało  na tyle dużo, aby zrozumieć jak do niej podszedłem. Nie chcieli tego przyznać, ale to był dla nich pierwszy raz, kiedy w ogóle poświęcili uwagę tej muzyce. Myśleli, że to było od góry do dołu odegrane, a wcale tak nie było. Grałem dla niedouczonej publiki, która nie wiedziała czym jest ta muzyka.
Powiedziałbym że Bug music jest nabardziej dosłowna , Mickey Katz - niebardzo.
 Ostatnio robiłem trochę muzyki religijnej, na wiele sposobów, zupełnie  innych, niż wykonuje się ją oryginalnie. Kiedy coś robie, wybieram jak dosłowny chce być, jak  dla mnie nie wszystko musi się z czegoś brać. Nie jestem poświęcony awangardzie, ale jednocześnie nie jestem też poświęcony robieniu czegoś zupełnie zachowawczego. Zazwyczaj chce znaleźć się w miejscu gdzieś pomiędzy

MF : Aurea mediocritas, złoty środek, jak go zwą.

DB : W każdym razie to na pewno miejsce, które wkurzy zarówno konserwatystów, jak  i awangardę jednocześnie <śmiech>.

MF : W tym momencie tworzysz głownie projekt z New  Gospel Quintet, czy masz już jakieś nowe pomysły ?


DB : Oczywiście gram cały czas jazz w różnych kompilacjach, głównie rzeczy które sam napisałem, cały czas staram się trzymać ten nurt, ale bardzo lubię grać muzykę religijną. Czuję się z nią związany, ponieważ projekt trwa już wiele lat. Jest dla mnie bardzo ważny.

MF : Ostatnia rzecz o jaką chciałabym zapytać, również dotyczy teraźniejszości, a może nawet przyszłości. Jak myślisz, w którą stronę zmierza dzisiaj jazz?

DB : Myślę, że sporo bram zostało otwartych. Kiedy w latach osiemdziesiątych w NY nie grałeś swingu, a fusion, dostawałeś złe recenzje, bo to był fusion. Teraz każdy gra fusion, każdy gra to co chce. To jest to, na co miałem nadzieję, że sie stanie. Ktoś chciał, żeby wszyscy grali swing, ktoś chciał żeby wszyscy grali improwizacje. Mnie nie interesowały wtedy obie z tych opcji, a były one jedyne do wyboru. Jeśli chciałeś zawrzeć jakieś etniczne wpływy w swojej muzyce, to było zbyt dziwne. Teraz jest wolność, nie ma parcia na wielkich wytwórnie, każdy gra to co chce. To jest jednak trochę smutne, że duże labele nieco podupadają, ale to doprowadziło do dużej niezależności , wiesz o co chodzi. Jeśli wydajesz własne pieniądze na stworzenie czegoś, to będzie coś, co na prawdę chcesz zrobić . Wszyscy w latach 80 myśleli, że będąc pod opieką dużej wytwórni  ich muzyka powinna iść w konkretnym kierunku, bo tego ludzie oczekują.
Myślę, że dziś, cała sytuacja z własnością intelektualną nie jest dobra i robiąc nagranie jest bardzo trudno osiągnąć z niego jakiś zysk. Wiadomo, ludzie ją kradną, pobierają z internetu, jest iTunes, Spotify itd. Trudno jest dziś zarabiać pieniądze na nagraniach, a tak nie było kiedy ja wszedłem w ten business jako profesjonalista , wtedy nadal można było na tym zarabiać.
Jednak nie ważne jak źle by było są też i pozytywy. Ludzie tworząc muzykę, robią ją dokładnie taką,  jaką chcą aby była. Sądzę, że to jest bardzo dobra rzecz dla muzyki.

poniedziałek, 19 listopada 2012

JDJ Grp rozniosło filharmonie!


        Wrocław jest ostatnimi czasy bombardowany ze wszystkich stron. Na szczęście to nie powtórka z Festung Breslau, a prawdziwe oblężenie kulturą. W zeszłym tygodniu miasto opanowała Korea, w tym zaś tereny sal kinowych i koncertowych zostały zajęte przez Amerykanów.  W piątek w hali orbita gościła Diana Krall, podczas American Film Festiwalu do filmu grał Bill Frisell, natomiast w niedziele kulminacją wszelkich doznań był koncert  The Jack DeJohnette Group.

        Wzorem samego lidera pozwolę sobie najpierw przedstawić skład zespołu. Na scenie jako pierwszy pojawił się Don Byron na klarnecie i saksofonie. Oryginalnie w projekcie udział bierze Rudresh Mahanthappa, jednak ma on równolegle inne kolaboracje. Kolejną zamianą  jest Marvin Sewell na gitarze elektrycznej zamiast Davida Fiuczyńskiego.  Dalej już regularnie: Jerome Harris na gitarze basowej oraz George Colligan na fortepianie, keyboardzie i trąbce. Ostatni jegomość jest również autorem bloga jazztruth, którego z tego miejsca polecam poczytać w wolnym czasie.
Oczywiście za bębnami zasiadł DeJohnette świętujący w tym roku swoje 70te urodziny. Wszystkie kompozycje, a było ich pięć, są jego autorstwa. Koncert rozpoczęliśmy od wysłuchania "Blue" oryginalnie wykonywanym w trio z Davem Hollandem i Johnem Abercrombie, znaleźć można go na płycie Gateway 2 wydanej przez ECM. Była to szansa na przestawienie się kolejno artystów poprzez krótkie solówki. Następny kawałek to odświeżony "One for Eric", a dedykowany jest prawdopodobnie Ericowi Dolphy'emu. Pochodzi z płyty Special Edition, rocznik '79. Tutaj artyści mieli trochę więcej miejsca na sola, jednak zanim zaczęli, Jack pobiegł przebrać się w koszulę...co oczywiście wszyscy mu wybaczyli. To właśnie ten utwór słychać w tle w najpierwszym z pierwszych filmów na You Tube i Vimeo , gdzie DeJohnette przedstawia cały projekt. "Tango Arfican" zaczęło się bardzo spokojnie, samotnym dźwiękiem gitary elektrycznej. Nikt się chyba nie spodziewał jak zawrotne tempo osiągnie ten numer na koniec. Chwila oddechu po pierwszej części trwającej blisko godzinę ( mimo, że to tylko 3 tytuły) i kolejna kompozycja pt. "Soulful Ballad", podobnie jak poprzednia, z płyty "Music We Are" przy nagraniu której brali udział John Patitucci i Danilo Perez. Na koniec zabrzmiał " Ahmad the terrible", oczywiście domyślamy się, że chodzi tu o Ahmada Jamala, który to znowuż obchodzi 86 urodziny. Zagadkowy termin "wokal" przy nazwisku Harrisa na bilecie w końcu się wyjaśnił, basista rzecz jasna nie śpiewał, jedynie wydawał rytmiczne dźwięki. Podczas tego kawałka popis dali wszyscy, jednak zdecydowanie największe wrażenie wywarł Byron na saksofonie (mimo, że to raczej klarnet jest jego domeną, grał na nim podczas drugiego i trzeciego utworu) oraz blogger Colligan na trąbce, zazwyczaj grający na wersji "kieszonkowej" , czyli pocket trumpet. Po owacjach na stojąco nie mogło obejść się bez sążnistego bisu , kolejnej dedykacji, tym razem dla Davisa, czyli nic innego jak po prostu... "Miles". Jednak to nie wszystko, gdyż muzycy spotkali się potem na jam sessions w Colloseum Jazz Cafe, w co nie do końca mogłam uwierzyć. A jednak jak się okazuje można grać w małym klubie w Polsce, na -jak to mawia Jan Ptaszyn Wróblewski- sesjach z powidłami, będąc światową gwiazdą.

Cóż to były za emocje! Ci, którzy przybyli na koncert, chyba do prawdy byli głodni światowej muzyki. Dostaliśmy dawkę na prawdę wysokiej jakości jazzu, a Jack udowodnił, że ma w sobie mnóstwo energii i ogień wciąż płonie. Co tu dużo mówić,"chłopaki" po prostu dali popalić.  Wydaje mi się, że dzięki temu koncertowi gorycz związana z odwołaniem Colemana jakoś znacznie zmalała...

Ale Kino!



        Jazztopad  znów zaskoczył nas czymś nowym. W tamtym roku był to pionierski projekt koncertów w mieszkaniach prywatnych, w tej edycji zaś nastąpiła fuzja dwóch festiwali : muzycznego i filmowego. Podczas odbywającego się we Wrocławiu American Film Festival mieliśmy okazję zobaczyć zaiste ciekawy koncept : pokaz filmu "wielka Powódź" Billa Morrisona z muzyką na żywo Billa Frisella.  Wirtuozowi gitary towarzyszyli Ron Miles na kornecie, Tony Scherr na gitarze basowej oraz Kenny  Wollesen na perkusji.

        W 1927 roku miała miejsce jedna z największych tragedii w historii USA. Rzeka Missisipi wyszła z brzegów zalewając obszar około 70.000 km², powodując ogromne straty. Nakręcono w tamtym czasie materiał filmowy, który Bill Morrison postanowił poskładać w spójną całość i stworzyć z tego dzieło. Tak powstała "Wielka Powódź" Do której Frisell zrobił nie o tyle ścieżkę dźwiękową co całą muzyczną kompozycję, gdyż jedynym dźwiękiem jaki usłyszeliśmy to ten wydawany przez instrumenty. Zarówno w filmie, jak i utworach  zachowana jest chronologia wydarzeń. Podróż w lata trzydzieste rozpoczynamy od czarnoskórych robotników zbierających bawełnę , nieświadomych jeszcze jaka klęska ich czeka. Obraz trochę w stylu pierwszych ujęć braci Lumiere, od razu wzbudza skojarzenia z ich dziełem "Robotnicy wychodzący z fabryki".  W tle słychać bardzo spokojną, powolną i przy tym bardzo przyjemną muzykę, gdzieniegdzie cymbały, długie pochody kornetu i nieco bluesowy klimat gitary. Będzie on już towarzyszył do końca w mniejszych lub większych modyfikacjach. Na przykład wtedy gdy poziom wody zaczyna gwałtownie wzrastać i trzeba naprawiać pęknięte wały przeciwpowodziowe. Ciekawym dla mnie momentem była część gdy zespół faktycznie zaczął grać nieco energiczniej, wprowadzając dość wesołkowaty nastrój. Na srebrnym ekranie migały coraz to inne strony z katalogów Searsa Roebucka, reklamujące przeróżne produkty. Dawało się wyczuć delikatną ironię, gdyż  już niedługo nadejdzie czas aby zacząć gromadzić wszystko od nowa : od zegarka, przez kapelusz po ... nagrobek. Podobnie podczas partii, w której widzimy polityków w garniturach ustawiających się do zdjęć. Jednak lwia część tego performance'u to kołysząca się jak łódka melodia, być może nieco zbyt pogodna jak na obrazy w tle. A może taka właśnie ma być? Bo przecież banalnym byłoby robić kompozycje wzbudzające uczucie trwogi i rozpaczy. Boję się użyć stwierdzenia ,że można było odpłynąć, bo w stosunku do obrazu może wydawać się średnio taktowne, ale to określenie w stu procentach oddaje wrażenia związane z pokazem.  Na ekranie zobaczyliśmy  nie tylko to jak żywioł pochłania wszystko, co zostało wytworzone przez ludzi, łącznie z szyldem Coca Coli przemykającym co chwila w tle, lecz także jak mocno w tych czasach rysowały się różnice rasowe. Sceny przedstawiające wytworne damy wysiadające z łodzi ratunkowych mocno kontrastowały z wizerunkiem pracujących przy naprawie zniszczeń Afroamerykanów. W muzyce jednak kontrastów nie było, widocznie nie chciała być zbyt inwazyjna i konkurować z powodzią. Ostatnia część pod względem treści była w pewien sposób skorelowana z tym co działo się na scenie, ponieważ przedstawiała ludzi grających na różnych instrumentach. W praktyce czuło się jednak dysonans  ucho i oko chyba nie mogły zgrać wrażeń, gdyż z jednej strony melodie grane przez zespół delikatnie i subtelnie pobrzmiewały w sali kinowej, zaś z taśmy jawiły się energiczne ruchy dłoni szarpiących struny oraz zmysłowo tańczących kobiet.

         Były to trzy lekcje : historii, filmu i muzyki.  Widok archiwalnych materiałów z lat 30tych długo pozostanie w pamięci, to jak wyglądali ludzie, jak żyli i z jakimi podziałami musieli się borykać.  Niezmiernie ciekawym było także oglądanie filmu stworzonego na podstawie niebanalnej koncepcji, pracy raczej mniej reżyserskiej a bardziej montażowej.  Lekcja muzyki przebiegła nad wyraz spokojnie, niemniej wielką stratą byłoby iść na wagary, np. do kina...

poniedziałek, 12 listopada 2012

Weekend w Korei


        Kiedy rok temu, po finałowym koncercie Jazztopadu Piotr Turkiewicz zapowiadał kolejną edycję, wiadomość o zwróceniu się ku wschodowi i zaproszeniu artystów z Azji wzbudziła niemałe zainteresowanie. Kiedy podczas konferencji prasowej doszło nieco więcej szczegółów, zainteresowanie wzrosło podwójnie. Kiedy w  ten weekend wreszcie mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze, a przede wszystkim na własnych uszach, co to znaczy koreański jazz ciekawość została chyba jeszcze bardziej zmultiplikowana. Parafrazując stare polskie przysłowie: apetyt rośnie w miarę słuchania. A może poznania?

        Takie wyrazy jak geomungo, czy daegum chyba nie śniły się nawet wytrawnym melomanom. A tego, ze ów sen może się w ogóle  ziścić, i to jeszcze na tak dużym festiwalu, raczej nikt się nie spodziewał.  Co więcej, nie tylko koncerty miały nam przybliżyć koreańską kulturę, lecz także cała masa wydarzeń towarzyszących, jak na przykład panele dyskusyjne, czy spotkania muzyczne w mieszkaniach prywatnych. Z drugiego końca świata przyleciała do Polski spora ekipa, bo licząca 70 osób, a wśród nich rzecz jasna  artyści, przedstawiciele mediów, czy nawet profesorowie, z którymi można było porozmawiać przy kawie w Mleczarni. Jak widać, mieliśmy świetną okazję, żeby wycisnąć jak najwięcej z tej wizyty, wystarczyła jedynie chęć poszerzenia swojej wiedzy i trochę zaskórniaków na wieczory w filharmonii.  A propos wieczorów...

Jeśli chodzi o termin geomungo,  ten zespół rozwinął go bardzo obszernie, gdyż ma na  jego temat sporo do powiedzenia. Goemungo Factory, bo tak nazywa się grupa, to czwórka młodych artystów, którzy z tego instrumentu przypominającego cytrę, potrafili stworzyć efemerydę wiolonczeli, harfy czy gitary. Niezwykle anachronicznym  jest widok kilometrów okablowania przy czymś co swoje korzenie ma w IV naszej ery.  Co więcej, niesamowite jest też to, że idąc na taki koncert można spodziewać się czegoś, co będzie bardziej przypominało muzykę raczej tradycyjną aniżeli rock czy blues, a taki klimat  chwilami się czuło  Nietrudno było dać się oczarować, szczególnie, że co chwila na twarzach muzyków malowały się  uśmiechy, zdradzające ogromną przyjemność jaką czerpią z tego co tworzą.  Ponoć samą próbę przedłużyli o godzinie, bo zwyczajnie chcieli sobie pograć. Niezwykle autentyczny i przyjemny występ.

W drugiej części koncertu na scenie zrobiło się już bardziej jazzowo. Przy fortepianie zasiadła Miyeon, a towarzyszył jej perkusista Park. Jak widać w Korei też wiedzą jak grać free. Niezwykła gęstwina i częstotliwość dźwięków przeszywała głowę rozkołysaną przez poprzednią grupę. Jednym słowem Miyeon&Park spuścili słuchaczom niezły łomot. Dało się jednak wyczuć nieco niespójności.  Partie swingujące przeplatające się z zupełnym freejazzowym szaleństwem trochę się gryzły, a gdy dodamy do tego jeszcze gong robi się chyba zbyt eklektycznie.  Osobiście pozostanę przy amerykańsko europejskim free, jednak poszukiwaczom, mogę zdecydowanie ten duet polecić.

Na niedzielnym koncercie zaś ,zaprezentowany został materiał premierowy, będący efektem współpracy polsko-koreańskiej, czyli Heo Yoon-Jeong, Aram Lee i Bracia Oleś. Artyści stworzyli coś jedynego w swoim rodzaju, gdyż na scenie zobaczyć mogliśmy zobaczyć przekrój przez muzyczne tysiąclecia - poczynając od wspomnianego geomungo i daegum (czyli instrumentu na kształt drewnianego fletu poprzecznego) przez kontrabas i perkusję, aż do laptopa z jabłuszkiem. Niby muzycznie i geograficznie odległe sobie dźwięki zostały w niezwykle wyważony sposób poskładane przez artystów, tak jakby poprzednie dwa koncerty zlepić w jeden.  Bracia Oleś świetnie uzupełnili tradycyjny charakter muzyki wschodu o jazzowe brzmienia, co objawiło się szerokim wachlarzem utworów.  Świadczy to na pewno o dużej wszechstronności i otwartości na eksperymenty.. Niepowtarzalne przeżycie wprawiające jednocześnie w zachwyt i zdumienie.  Może ów zachwyt i radość z nowych doznań jest w stanie przyćmić krytyczną ocenę, jednak wydaje mi się, że bez wahania można ten występ uznać za zjawiskowy i jakże udany. 

Bardzo dobrze się dzieje, że w Polsce mamy szansę obcować z taką muzyką, i to w dodatku na dużym festiwalu, a nie niszowym evencie dla fanatyków gdzieś w maleńkim klubie. Dzięki współpracy Jazztopadu z KAMS i Centrum Kultury Koreańskiej udało się  zorganizować na prawdę ciekawe przedsięwzięcie na odpowiednio dużą skalę. Oczywiście nie jest to jednorazowy wybryk, gdyż idea będzie kontynuowana podczas następnych edycji.  Zaiste świetny przykład jak jazz potrafi być kulturowym spoiwem.

Awangarda jutra?

Właśnie dobiegł końca wrocławski festiwal Avant Art. To czym przez 5 już lat wyróżnia się pośród innych, to idea obcowania z muzyką poprzez wszelkie dostępne formy, takie jak film, performance, sztuki wizualne, debaty i rzecz jasna tradycyjne  poczynania koncertowe. W tym roku, miasto zostało opanowane przez artystów z Niemiec. Co prawda jazzu były śladowe ilości, jednak myślę, że o festiwalu wspomnieć warto, gdyż wydaje się być aż nadto niszowy niż to mogło być w zamierzeniu. A oto co między innymi działo się w trakcie części koncertowej festiwalu...


 DEFIBRILLATOR & PETER BROTZMAN

Na otwarciu zaprezentowali się na scenie bracia Sebastian (e-puzon) i Artur Smolyn (elektronika), którzy z perkusistą Oliverem Steidlem  tworzą grupę Defibrillator. Do współpracy zaprosili Petera Brotzmanna - legendę i jednego z pionierów free jazzu. Elektronika, improwizacja, zupełny brak kompromisów i wpiswania się w nurty jak zwykle okazał się być mieszanką wybuchową, jednak wyważoną w dobrych proporcjach świeżości młodych umysłów w stosunku do doświadczenia i techniki  Broztmanna. Dawał on spore pole do popisu muzykom, wchodząc z partiami saksofonu i klarnetu jedynie wtedy kiedy było trzeba.
Koncert zdecydowanie intensywny, trwający ponad godzinę, bez ani chwili przerwy, za co artystom należy się niski pokłon, bez względu na to czy sama kompozycja przypadła  do gustu czy nie. Po tej bezlitosnej muzycznej dekonstrukcji, panowie byli w stanie dać jeszcze bis, o który widz raczej nie śmiałby prosić na widok mokrych od potu koszul.
Henry Flynt, powiązany z grupą konceptualistów Fluxus, mówił, że  artysta nie wytwarza dźwięku, jest teoretykiem - znawcą reguł, który wypowiada się o sztuce i rządzącymi nią ideami. Brotzmann, który udzielał się niegdyś w tym samym kolektywie, na wtorkowym koncercie zdecydowanie nie chciał się wypowiadać, lecz krzyczeć...

KNUCKLEDUSTER

Robert Lippok, niemiecki muzyk związany z post rockowym zespołem To Rococo Rot, gdzie zajmuje sie elektroniką i grą na gitarze, skierował się poza Europę i nawiązał współpracę z Debashisem Sinhą - Kanadyjczykiem o azjatyckich korzeniach. Obaj kochają elektronikę, więc brzmi to jak przepis na niezły międzykontynentalny kolektyw, jednak skupmy się jak ten duet brzmi w głośnikach. Po nieco spazmatycznym koncercie poprzedniego dnia, ich muzyka była czymś w rodzaju rozładowania napięcia, ambientalnego ukojenia i wyciszenia, jednak wciąż dynamiczna i pełna energii. Wirtuoz bębnów Debashis budował ciekawe formy, samplując i zapętlając kolejne dźwięki perkusji, zaś Lippok tworzył efemeryczny , elektronicznie się rozpływający nastrój. Trochę improwizacji, trochę materiału z ostatniej płyty, trochę transowo, trochę zdumiewająco, zdecydowanie na plus!






DYSE

Totalna zmiana klimatu. Po czasoprzestrzennej podróży z Knuckledusterem, przyszedł czas na porządną porcję wrzasku, gitary i perkusji
w niekonwencjonalnej formie, czyli duet Andre Dietrich i Jari Rebelein. Zespół sam w sobie raczej stroni od określania się jako noise rockowy, jak to się nieformalnie przyjęło. To co robią narodziło się w założeniu jako eksperyment, jednak jak widać ukonstytuowało się na dobre, gdyż współpraca trwa już 9 lat. Niezwykle energetyczny materiał tym razem odarty z elektroniki, wzbogacony polską trąbką (Tadeusz Kulas) i akordeonem (Arkadiusz Rejda) rozruszał tłum. Trzeba przyznać, że ta polsko niemiecka fuzja wyszła wszystkim na dobre, a chłopakom można pogratulować scenicznej osobowości.

CASPAR BROTZMANN MASSAKER

Kolejny z Brotzmannów, tym razem syn Petera - Caspar(gitara,wokal) zaprezentował się  na festiwalu z zespołem 5 kolaborantów. Kolejne 2 gitary, jedna z wokalem, perkusja, i duet za dekami, wszyscy tworzący nieco demoniczny, psychodeliczny klimat. Od ciężaru basu uginały się nogi, zaś od przenikliwych szeptów i drapiących wokaliz przechodziły dreszcze. Do końca nie jestem przekonana czy to wielkie nazwisko było pozytywnie odbierane przez publikę, chyba rodzina Broztmannów nie miała szczęścia we Wrocławiu, choć opinie słyszało sie zupełnie skrajne. Ja jednak zawsze będę wychodzić z założenia, że najgorszą z możliwych jest obojętność, a obok mrocznej muzyki Caspara przejść niewzruszenie jest po prostu niemożliwe.

TANNHAUSER STERBEN & DAS TOD

Trzeba przyznać że 3 dzień festiwalu nie należał do najlepszych. Oczywiście to jedynie subiektywna opinia, lecz myślę, że spora grupa ją podzieli. Eksperyment owego duetu opierał się na czystej cyfrowej bazie. Na scenie pojawiły się dwa komputery, w zupełnej ciemności widać było jedynie oświetlone lcd'kiem twarze Thomasa Mahmouda i Geralda Mandla oraz wyświetlane z rzutnika spikselizowane formy animacji. Złożenie dźwięków niewątpliwie eklektyczne i zaskakujące, nowoczesne i niebanalne, lecz w tym wszystkim bardziej przypominające serię nieprzyjemnych sprzężeń. Nie można zarzucić twórcom braku zaangażowania czy też telentu, widać jednak taki koncept nie jest jeszcze dość tolerowany, mimo że dość efektowny. Być może to dobrze, że można w Polsce posłuchać takiej muzyki na żywo, jednak miałoby to sens gdyby grupa odbiorców faktycznie była w jakiś rozsądny sposób liczna. Czy odwrócenie ciągu przyczynowo skutkowego zdeterminuje spopularyzowanie i głębsze zakorzenienie w świadomości polskiej publiki tak niedefiniowalnych tworów jak Tennhauser Sterben & Das Tod? Zobaczymy.


 D.A.F. - Deutsch-Amerikanische Freundshaft

Absolutna legenda punkowej elektro rebelii oraz Neue Deutche Welle, czyli DAF, po raz pierwszy odwiedzili Polskę na Avant Art'cie. Szkoda, że dopiero teraz, bo zespół istnieje już dobre 34 lata, lecz jak sie okazuje, nigdy nie jest za późno. Robert Görl na perkusji oraz jak zwykle fantastyczny wokalista Gabriel "Gabi" Delgado-López dali popisowy koncert. Na otwarcie, pod scenę porwał publikę numer Verschwende Deine Jugend. Nie mogło również zabraknąć takich klasyków jak Der Mussolini, Sato Sato czy Alles gegen Alles. Zespół zagrał jeszcze masę innych znanych tytułów, z których wspomnę może jeszcze o jednym z nowszych, bo wydanym w 2010, "Du bist DAF". Hasła kontrowersyjne, afirmujące idee wolności, młodości i miłości, które mocno odcinęły się w historii niemieckiej muzyki, zostały wykrzyczane głośno i wyraźnie. Niezwykła sceniczna osobowość Gabriela emanowała ze sceny energią gestów, teatralną mimiką a nawet wodą wylewaną na publikę i aparaty fotoreporterów. Jedyne, na co można narzekać to miejsce, gdyż sala przystosowana raczej do koncertów "siedzących" raczej nie nadawała się na pogo, jednak myślę, że fani poradzili sobie z tą niedogodnością i po dwóch bisach wyszli nasyceni. Tak czy owak, dyrektorowi festiwalu, Kostasowi Georgakopulosowi, należą się ogromne podziękowania za zaproszenie DAFu do Wrocławia.

MOONCIRCLE 10TH ANNIVERSARY

Po rytmicznym syntezatorowym DAFie przyszedł czas na trochę klubowego tchnienia w muzycznej przestrzeni wrocławskich Puzzli. Dziesiątą rocznicę niemieckiej wytwórni Mooncircle świętowaliśmy w towarzystwie czterech utalentowanych djów, w tym też założyciela samego labelu Gordona Giesekinga. Jako pierwszy za dekami stanął młody reprezentant sceny UK, pochodzący z liverpoolu Rain Dog. Delikatne bity, subtelne wyważone sample i niezwykła świeżość rokują obiecująco. Następnie nieco więcej szaleństwa wprowadził rosjanin Long Arm swoim długim dj setem okraszonym z jednej strony jazzowym , z drugiej hip hopowym brzmieniem. Nastepnie przyszła pora na wyczekiwanego Robota Kocha, specjalizującego się bardziej w dupstepowym klimacie, którego już na koniec zmienił sam Gordon, przez cały koncert przenikający gdzieś w tle. Avant Artowa sobota zdecydowanie soczysta, dała satysfakcjonujący wycisk.

MORIS VON OSWALD TRIO

Dotarliśmy do mety, na zamykającym koncercie zagrali Moritz von Oswald, Max Loderbauer (elektronika) i Vladislav Dela (instrumenty perkusyjne). Panowie z zimną precyzją i w skupieniu pełnym napięcia odegrali swoje. Z łatwością dało się wyczuć całą strukturę utworów, nie wykazujących się zbytnim skomplikowaniem. Porządnie, dokładnie i planowo zagrany koncert, raczej bez dozy szaleństwa i improwizacji. Być może na koniec właśnie tego trzeba? Zamiast wielkiej pompy, zwyczajnie zasiąść w fotelu i posłuchać starej dobrej berlińskiej elektroniki.



Oczywiście to nie wszystkie koncerty jakie miały miejsce,działo się na prawde dużo, zatem gratulacje dla tych którym udało pojawić się na każdym evencie. Ostatnie 5 dni można podsumować jako nowoczesną i niebanalną kombinację "muzyki we wszystkich stanach skupienia" w stu procentach zgodną z założeniami eventu. Avant Art to ciekawie dobrani artyści, niezwykle interesujący materiał, zdecydowanie nieporównywalny i momentami zdumiewający festiwal. Ciekawe jaki kraj okaże się tematem przyszłorocznym.



KonKubiNap -czyli "Nieformalny związek trzech mężczyzn"




Ta turnauowska zabawa słowem, jak się pewnie większość domyśla skrywa zlepek trzech nazwisk, a nazwiska to z pewnością znane i u-znane. Lingwistycznie rozbijając wszystko po kolei, ukazuje nam się taka oto układanka: za bębnami, nagradzany wielokrotnie jako najlepszy polski perkusista - Cezary Konrad, na gitarze basowej Robert Kubiszyn, znany również z kontrabasowych pochodów u polskich i zagranicznych artystów oraz oczywiście sprawca całego zamieszania - Marek Napiórkowski. O tym z jakimi artystami współpracowali, jak również, że to absolutna czołówka chyba pisać nie muszę, a co więcej nawet nie będę, by nie słodzić zbytnio.
KonKubiNap zaś to krążek, który został wydany w październiku zeszłego roku, zawierający nagrania z koncertów z różnych polskich miast. Trwająca właśnie trasa miała jednak zboczyć z toru i ominąć Wrocław, z powodu newralgicznej daty 6 marca, jednak organizatorzy doszli do wniosku, że koncert odbędzie się, lecz w dostosowanej formie.
      No i całe szczęście, że mieliśmy okazję spotkać się tego wieczora, bo panowie zagrali wręcz popisowo, a co najważniejsze, nie były to tylko i wyłącznie stonowane i pastelowe ballady, jak można by się było obawiać, a raczej sinusoidalna harmonia chwil refleksyjnych i tych z pazurem. Koncert otwierał utwór przekornie nie zawierający się w ramach projektu, a mianowicie Proxima Paradise. Następnie już kompozycje z płyty, czyli Wojtek i Allan, po czym chwila spokoju przy syntezie ballad Wciąż mi się śnisz i Between a Smile and a Tear...
Czy wolno tu palić? Znak zakazu, obok sceny dawał jasną odpowiedź, lecz zespół w numerze "Vietato Fumare" wydawał się niepokornie, lecz z uśmiechem zadawać owo pytanie, wszyscy razem , jak i każdy z osobna. Po wymianie solówek, znów zabrzmiała gitara akustyczna, która zabrała publikę gdzieś na chmurę, bynajmniej nie z papierosowego dymu, a raczej spokoju i dystansu podczas Mill. Ostatnim utworem była pastoriusowska Havona, lecz publika nie chciała tak szybko pożegnać się z zespołem, który zagrał jeszcze dwa porządne bisy - pozostając w konwencji kontrastów, zostawiając uśmiechy zadowolenia na twarzach.
Elegancko, kameralnie i ze smakiem, tak można by podsumować wtorkowy koncert w Firleju.
Sztuka jest niewątpliwie czymś pięknym, płynie z serca i porusza emocje, tym bardziej wydaję mi się słusznym, że koncert odbył się mimo wprowadzonej żałoby narodowej. Bo przecież nie chodzi tu o daty i formalizmy...

I cóż, że ze Szwecji? Duet Stenson i Fält




      Bo Gustav Stenson, bardziej znany jako Bobo, jest u nas częstym gościem. Liczne koncerty oraz współpraca z polskimi artystami zapewniły mu stabilną pozycje wśród polskich miłośników jazzu. Usłyszeć go mogliśmy m.in. w u Tomasza Stańki, na płytach takich jak Matka Joanna, Leosia czy Litania. W ciągu swojej 40letniej kariery wydał jako lider jedynie 8 płyt, wszystkie przemielone przez ecm-owskie ucho Manfreda Eichera.  
 Szwed stworzył unikatowy klimat, choćby dlatego, że już  samo zestawienie w duecie z perkusistą  zdarza się bardzo rzadko. " I'm not going to speak to much, because I don't know what will happen. We can talk afterwords" - takimi słowami przywitał się z nami Bobo, gdyż faktycznie sam do końca nie wiedział jak będzie "brzmiał" ten wieczór. A brzmiał niezwykle intrygująco, nieprzewidywalnie, tajemniczo...jednym słowem skandynawsko. Zjawiskiem okazał się być młody perkusista, współtworzący od kilku lat trio ze Stensonem i Jorminem. Jego świeżą improwizatorskość, jak również i subtelne tło pod fortepian i kontrabas mogliśmy usłyszeć na płycie Contando (2007) łączącej części improwizowane oraz kompozycje znane z Ebena, Colemana czy Cherry'ego.
      Jon Falt ( ur. w 1979)  zdawał się przyciągać największą uwagę, od samego początku, kiedy to obstawiony instrumentami sprawiał wrażenie jakby chciał poznać i odkryć je na nowo. Pierwsza fraza rozpoczęła się niejako badaniem każdego dźwięku, eksperymentem...także żartem, jednak żartem z gracją i w dobrym styl.  Falt jakby z wahaniem głaskał bębny, muskał talerze, uderzał w tam-tamy. W pewnym momencie zaczął robić to wszystko na raz i w ten oto sposób doszły nas również dźwięki dzwoneczka trzymanego w...zębach.  Stopniowo do koncertu angażował wszystkie możliwe części perkusji, łączne ze stelażem , oraz całą masę "przeszkadzajek". Momentami mogliśmy poczuć się jak w starej fabryce, kiedy to ocieranie pałki o talerz przypominało skrzypienie zardzewiałych drzwi, tam- tamy otulały metalicznie rezedrganą falą a dźwięk blachy kołysał się i giął gdzieś koło ucha.  Głebokie tony bębna wspaniale dopełnił Falt harmonicznym drganiem szkła z kieliszków wypełnionych wodą, którą czasem upijał, nie wiadomo czy w poszukiwaniu wyższego dźwięku, czy może po to abyśmy zbytnio nie zmarzli przez chłód . surowych fabrycznych wnętrz.
      Wszystko to jednak nie brzmiałoby tak spójnie gdyby nie Stenson, który  jak pewnie wielu gości odniosło wrażenie został zdominowany przez Falta. Faktycznie, perkusista miał dużą swobodę, jednak swoje popisy synchronizował za każdym razem z Bobo, zostawiając mu akurat tyle miejsca ile potrzebował, dokładnie wtedy kiedy była na to pora.
  Muzycy stworzyli niezwykle intrygujący duet, prezentując materiał, który pochłonął  nie tylko słuchaczy, ale wydaje się, że również ich samych. Nie wiadomo czy potrzebny czy nie, jednak każdy dźwięk wydawał się mieć znaczenie.  Zakończenia tej wciągającej lektury chyba nie będziemy mieli okazji poznać, ale czy to nie czyni jej jeszcze bardziej tajemniczą?